Kontakt

Stowarzyszenie Twórców Kultury Zagłębia Dąbrowskiego

STKZD 42-500 Będzin
ul. Małachowskiego 29
tel. +48 795 422 561

e-mail do Zarządu STKZD
orlowska.stkzd@gmail.com

Logowanie

Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło




Artykuły: FELIETONY- MARIA GOLANKA

ZAKŁADKA DO PRZESZŁEGO CZASU

MARIA  GOLANKA                                                                                     

 

ZAKŁADKA  DO  PRZESZŁEGO  CZASU

 

    Ulica Wspomnienie – informowała pokaleczona tabliczka, zawieszona na ceglanym murze starego budynku. Zewsząd wypływała cisza. Domy były niezamieszkane. - Może czekają na wyburzenie? - przyszło mi na myśl. Zajrzałam do pustego sklepu. Na wprost wejścia wisiało lustro. - Co ludzie myślą, gdy na mnie patrzą? - zapytałam szklaną taflę. - Zapewne nigdy się tego nie dowiem. I nie chciałabym wiedzieć – odpowiedziałam sobie. Szłam bez pośpiechu, w kompletnej ciszy. Z okien bez szyb wydobył się głośny, wysoki głos ptaka. Stanęłam przed ciemną sienią. Nabrałam w dłonie słonecznego światła i niosłam je jak latarnię, doświetlając ciemny korytarz i kręte schody. Były z kamienia, wydeptane pośrodku i śliskie. Pachniały dawno nie wietrzonym odległym czasem. - Może ludzie ukryli się w jakimś zakątku tego ponurego krajobrazu? Poczułam się nieswojo. Przez moment stałam zdezorientowana. Zamknęłam na chwilę oczy. Napływały wspomnienia. Mylił mi się czas i nakładały na siebie różne zdarzenia. Gdy otworzyłam oczy, powróciła teraźniejszość. Na poręczy schodów siedział ptak. Patrzył na mnie diamentowymi oczami. Dotknęłam jego piór. Lubiłam poznawanie zmysłem dotyku. Pióra nie były szorstkie i twarde, tylko miękkie jak puch. Poddawały się czułości.

 - Wyglądam, jakbym, żył – prawda? – powiedział  ptak.

 

 - Tak cię tak postrzegam – odpowiedziałam.

 - Jestem przeszłością, która wyrywa się do teraźniejszości. Chciałem, by ktoś mnie zauważył. Tylko ty odpowiedziałaś na mój krzyk.

 - Lubię przeszły czas, zapach starych domów i wspomnienia grające z ust przeszłości.

 - Wiem, czekałem na ciebie - odpowiedział ptak i przytulił się do mnie jak człowiek.

 - Gdybym była poetką, porównałabym cię do symbolu szczęśliwej przeszłości. Zadowolony, podnosił i opuszczał wyraziste stopy, jakby chciał niezwłocznie podzielić się ze mną zapamiętanym wielowątkiem z lat mojego życia. W świetle płynącym z okna wyglądał jak pierwszoplanowa postać na mrocznych obrazach z martwą naturą

 – Pielęgnuj mnie – poprosił. Pachniał starym kredensem, cynamonem i albumem ze zdjęciami oprawionym w skórę. Wyludnione mieszkania wydały mi się jeszcze cichsze. Zapach stapiał się z nikłym światłem i przeszłym czasem. Ptak skubał delikatnie moje ramię i nagle głośno krzyknął. Do budynku powracało życie. Puste przestrzenie zapełniały się głosami. Gwar w ułamku sekundy wywołał skojarzenia. Dźwięki obejmowały mnie ze wszystkich stron. Stary człowiek głośno kaszlał. Ktoś wbijał gwóźdź. Z kranu płynęła woda. Chłopiec popłakiwał.

 - Połóż tutaj głowę – krzyczał mężczyzna. Słychać było lekkie kroki dziecka i mocne pacnięcie. Dziecko wybiegło z pokoju. Kroki były teraz głośniejsze, bliższe. Mały potknął się o coś i upadł. Kroki mężczyzny szybko dotarły do miejsca zdarzenia. Ręka wymierzała karę. Klaśnięć było kilka. Płacz zamienił się w rozpacz.

 - Dość tej przemocy! – zawołał piskliwy głos.

     Blisko mnie dwie kobiety rozmawiały mieląc w młynkach ziarna kawy. Obmawiały młodą dziewczynę, którą porzucił narzeczony. Czułam się, jakbym była świadkiem intymnych zachowań mieszkańców kamienicy. Skuliłam się pod ich natłokiem. Ptak wyczuł moje myśli, nachylił się i zapytał jak inspektor do wymierzania kar za złamanie prywatności.

 - Masz zablokowany dostęp do Facebooka? Muszę sprawdzić.

     Poczułam lekki wiatr. Wywiewał światło z moich dłoni. Zaległa cisza. Brzmiała jak pozbawiona zmysłów. Czysta, głęboka. Taka cisza, że aż uszy bolały. Oświetlone, puste przestrzenie pozbawione były pyłu. Nigdzie nie było drobin kurzu.

 - Dlaczego tutaj jest tak sterylnie? – zapytałam.

 - Czas wchłonął wszystko, ale człowiek potrafi z tego wiele odzyskać – powiedział ptak. Wyglądał dwuwymiarowo. Nie miał cienia. Nie był z czasu mojego istnienia. Wyciągnęłam rękę. Trafiła w próżnię. Może to próżnia z przeszłego czasu? – pomyślałam i moje myśli zapełniły się wspomnieniami.

     - Pamiętasz co, wtedy dostałaś od babci? –zapytał mnie głos mamy. Babcia w mojej pamięci była tylko zarysem postaci. Twarzy nie umiałam odtworzyć. Tylko uśmiech. A właściwie ścieżkę, którą tworzył na twarzy. Mocno opadała w prawą stronę żuchwy. Prezentu nie pamiętałam. Chyba był w pudełku? Tak! Pamiętałam. Pudełko z wstążką z kryształku. Taką nazwę nosił materiał, z którego była uszyta. W moich ustach pojawił się smak przesłodzonej, zbożowej kawy, jakbym doznała szczęśliwości. Jakby moja dusza powracała do lat dzieciństwa, gdy przytulenie się do matki, było największym szczęściem.

     Schodziłam ostrożnie po wydeptanych schodach. W sieni, w pustym oczodole bramy wchłonęło mnie światło dnia. Na ulicy nie było żywej duszy. Stał tylko stragan na kółkach. Leżały na nim śpiące ryby.

 - Świeży dorsz. U mnie zawsze świeży i najtaniej – zachwalała handlarka. – Teraz bieda, je się tylko ryby, prawda? – zachęcała do rozmowy.

Patrzyłam na mokre ryby. Nie gubiły woni. Obok szalkowej wagi leżał stos rozciętych gazet. Żółte, zetlałe brzegi wyglądały jak wystrzępione. Pochyliłam się nad stosem i poszukałam daty – sobota 29 lutego 2012 roku. Czyżbym wróciła tutaj z mojej przyszłości? Przecież ja tutaj przyszłam w styczniu. W roku z daty na gazecie. Myślałam, że wróciłam do lat pięćdziesiątych XX wieku? Tanie dorsze - to było moje dzieciństwo. Czułam, jak siły odpływają. Rozległ się szum ptasich skrzydeł. Brzmiał groźnie, jakby ptak chciał zaatakować, ale tylko zaskrzeczał.

 - Pamiętaj, wspomnienia to nasz życiorys. Po latach przygniecione upływającym czasem upomną się o szczegół z przeszłości. Zatarta data nie wyświetli się już nigdy i nawet strona internetowa nam jej nie przypomni.

     Nie czułam podmuchu ptasich skrzydeł. Ulica przypominała opustoszałą scenę teatralną. Smukła, wąska kapliczka, zwieńczona kruchym krzyżem, opleciona była napisem: „Twoja modlitwa do Boga”. Na upiętych wysoko tiulowych, podartych szarfach, zatrzymały się strzępy papierów. Szeleściły jak mantry. Nachyliłam się, by przeczytać tytuł artykułu widoczny na skrawku gazety: „Walentynki - raj dla handlowców”. Zobaczyłam swoją zdeformowaną twarz w bombce pozostałej ze świąt. Usta i oczy skośnie spływały po krzywiźnie kuli. Nos zajmował centralne miejsce. Był odrażający, pokaleczony odpryskami złuszczonej farby.

 - Walentynki, kto chciałby się uśmiechnąć do takiej poczwary? – powiedziałam do siebie.

ilustrowała: Mira Kostyła

     Szłam pustą ulicą, wzdłuż której ciągnął się rząd sklepów o opuszczonych żaluzjach. Przed kawiarnią „Wspomnienie” stała zziębnięta, zgarbiona maszyna z napojami. Przypominała dziewczynkę z baśni Andersena. Bankomat za rogiem zmuszała do milczenia gruba tektura, włożona w jego usta. Słup ogłoszeniowy stał na tle skrzyżowania. Słyszałam pikanie na przejściach dla pieszych. Może to już mój czas teraźniejszy? – pomyślałam uradowana. Popatrzyłam na aktualny repertuar kina „Zagłębie”. Nie istniało od trzydziestu kilku lat. Wiem, kiedy to było. Pod nowy dom towarowy, wyburzano zabytkowe budynki starego miasta.

 - To z jakiego ja jestem czasu? – zapytałam.

 

SOSNart Nr 2/48/2012



Stragan ze starociami.

MARIA  GOLANKA

 

             Gobelinowe obrazy Goi  w Muzeum Narodowym w Krakowie.

                     „ Stragan ze starociami”  ( Targ staroci Madryt)

 

 

 

     Gobelin przedstawia targ staroci w Madrycie. Widzimy stragan sięgający wysoko, jakby oparty na kolumnadzie. Na przedłużeniu jago perspektywy widoczne są w dali zabudowania miejskie. Ponad nimi wypiętrza się biała chmura, z której wiatr porywa smugę i rozciąga po niebie, wróżąc rychłą

zmianę pogody. Targ jest pełen ludzi. Ci z drugiego planu stoją do nas tyłem. Zajęci rozmową pochylają głowy. Trwa nieustanna wymiana wiadomości i uwag. Plotek i sprawozdań z okresu między spotkaniami na targu. Targ z gobelinu jest targiem staroci. To targ dla zamożnych, których stać na zakup używanych, lecz luksusowych towarów. Osoby przedstawione na gobelinie są bogato i starannie ubrane. Możemy to prześledzić na czterech głównych postaciach, którym sprzedawca zachwala swój towar. Kobieta ma zarzuconą na twarz białą, jakby utkaną z mgły mantylkę. Widzimy jej czarne, długie rzęsy, lecz nie możemy dostrzec oczu. Powieki ma lekko opuszczone. Twarz nie wyraża ani znudzenia, ani zachwytu. Rękę prawą wyciąga w bok. W dłoni trzyma wachlarz. Może za moment będzie chciała coś pokazać sprzedawcy. Lecz sprzedawca jeszcze na nią nie patrzy. Zgięty w ukłonie kończy rozmowę z mężczyzną, któremu wsunęła lewą rękę pod pachę. Stoją tam już dłuższą chwilę, dlatego opiera się o niego. Prawdopodobnie to jej mąż. Mężczyzna już nie patrzy na sprzedawcę. Patrzy na przedmioty rozłożone na dywanie rozpostartym wprost na ulicy, tworzącym w ten sposób rodzaj ograniczonej przestrzeni sklepu na wolnym powietrzu. Mężczyzna i jego towarzysz stojący obok, mają przypięte do pasa szpady. Dwaj mężczyźni towarzyszący parze, stoją do nas bokiem. Unoszą wysoko głowy. Ściana straganu sięga dwóch trzecich wysokości kolumnady. Na niej zawieszono różnorodne materie, ubiory, szpady, portret mężczyzny, który można dopasować do kogoś z dalekich przodków. By przyjrzeć się portretowi musimy wysoko unieść głowę. Gobelin jest pokaźnych rozmiarów. Pod portretem stoi duże lustro. Odbija się w nim tylko błękit nieba. Jest postawione na solidnym, dużym sekretarzyku z trzema opasłymi szufladami. To na górnej z nich oprze się otwarty blat sekretarzyka. Mebel nie posiada żadnej nastawki. Sprzedawca w lewej ręce trzyma tyczkę zakończoną metalowym dwuzębem. Jej koniec unosi się wysoko, jakby następnym ruchem ręki chciał zdjąć towar ze ściany. Obok prawego kolana sprzedawcy, które tkwi w pozie przyklęku, stoi mnóstwo metalowych mis, dzbanów, lasek zakończonych hakiem i garnków z dwoma uchwytami. To na te przedmioty patrzy mąż kobiety. Naszą uwagę przyciągają nogi kilku panów odziane w pończochy w kolorze niebieskim. Zapewne takie są najmodniejsze w obecnym sezonie. Buty w różnych odcieniach prawie się nie różnią kształtem. Uniseksowe, wąskie, z mocno wydłużonym szpicem i klamrą.

 

     Z gobelinu dobiega do nas gwar ludzkich głosów. Przekrzykiwania sprzedawców zachęcających do zakupu, do zatrzymania choć na chwilę, w czasie której ich kunszt kupiecki skusi nabywcę. Już od wschodu targ tętni życiem, milknie wraz z zenitem, gdy upał wymusza przerwę na sjestę. Na gobelinie jest zapewne wczesna godzina poranna. Targ w Madrycie porą rozpoczęcia pracy nie różni się od naszego, rodzimego targu staroci, który zaczyna się o czwartej rano, kiedy docierają na niego pierwsi ciekawscy. I jak na wszystkich targach staroci, to przedmioty wystawione na sprzedaż chcą nas złapać, a nie my je kupić. Materie, szale, dywany i gobeliny kuszą miękkością splotów szlachetnością nici, z których powstały. Czekają na nasz dotyk. W ten niewyszukany sposób przytulimy ich dusze. Oczy postaci z obrazów odbijają kolor nieba, posyłają skrę słońca. Refleks płynie do naszych oczu, i… już nas mają. Musimy na nie spojrzeć. Odgadnąć wyraz twarzy. Pochwalić ubiór, uśmiech, lub zadumanie. Słońce odbija się w ostrzach kling, mieczy i metalowych, wypolerowanych przedmiotów. Wszystkie przedmioty czekają na jedno dodatkowe uderzenie naszego serca. Wypinają torsy, puszą się i kuszą. Gdy są dla nas za drogie, czekają na uśmiech przeproszenia, na pogładzenie powierzchni mebla, otworzenie skrzypiącej szuflady. Choć nie będą naszą własnością, dźwięk, dotyk i barwa pozostaną na długo w pamięci naszych zmysłów. Za miesiąc znowu wybierzemy się na targ staroci, by stanąć przed nimi, jak przed dobrymi przyjaciółmi. Tylko w ten sposób przedłużamy ich życie.

 

     Oglądając gobeliny utkane z wełny i jedwabiu wystawione w Muzeum Narodowym w Krakowie na wystawie „SKARBY  KORONY  HISZPAŃSKIEJ” ( 13 lipca do 9 października 2011), możemy mieć pewność, że Goya miał wiele sposobności, by obserwować codzienność w najrozmaitszych chwilach i okresach ludzkiego życia. W latach 1774 – 1791 przygotował rysunki – kartony, stanowiące wzory dla tapiserii. Powstało ich 163. Są częścią cyklu sielskiego. Na wystawie możemy podziwiać: „Ciuciubabkę”, „Huśtawkę”, „Polowanie na odyńca”(obraz) i opisany „Stragan ze starociami. Najsłynniejsze, uznane przez znawców to: „Parasolka” i „Ciuciubabka”, „Kwiaciarki” i „Wiosna”. Powstały dla królewskiej Fabryki Tapiserii Santa Barbara w Madrycie, dla której były wzorami do gobelinów. Gdy Goya rozpoczynał nad nimi pracę, miał 28 lat.     

     Każdy gobelin przedstawia jakąś historię. Są to dynamiczne sceny, do których możemy dopisać ciąg dalszy, ale też domyślić chwil przed ich uchwyceniem. Gobeliny to obrazy ukazujące z malarską zręcznością poszczególne sceny z życia ówczesnych ludzi.

Radosna atmosfera emanująca z tych obrazów odzwierciedla nastrój artysty przeżywającego okres beztroski, przerwany w roku 1792 poważną chorobą, która pozbawiła go słuchu.

Francisko Jose de Goya y Lucientes  ( 1746 – 1828).

 



ŁĄCKI ŚW. FRANCISZEK

 „ Łącki święty Franciszek”: przyjaciel i obrońca zwierząt. Obraz namalował w 2010 r. Władysław Bartek Talarczyk z Czarnego Potoku. Olej na płótnie 70 x 60 cm. Obejrzeć go można na wielu wystawach w Polsce i za jej granicami. Ostatnio w Łąckim Banku Spółdzielczym. Razem z innymi obrazami tworzy wystawę tego uznanego już przed wielu laty malarza. Ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Malarstwa. Uprawia malarstwo sztalugowe, tkaninę unikatową i pastel. Prace w muzeach i kolekcjach prywatnych w Polsce i za granicą: we Francji, w Niemczech, USA, RPA, Danii, Szwecji; 25 wystaw indywidualnych, udział w ponad 40 wystawach zbiorowych.

 

                             „ ŁĄCKI  ŚWIĘTY  FRANCISZEK ”                                

 

    Postać świętego zajmuje na obrazie centralne miejsce. Od wieków jego twarz jest chłopięca i skupiona. Bystrym wzrokiem wnikliwego obserwatora przenika zakamarki naszego dobra i zła. Para kruków zadomowiła się na jego ramieniu i czujnym okiem wypatruje krzywd wyrządzanych zwierzętom przez człowieka. Oczy kruków są równie bystre, lecz bezwzględne. To strażnicy zwierzęcej doli. Nie cofną się przed wymierzeniem kary.

    Za postacią są widoczne „puste” góry. Bez widocznych domostw, lasów i pól. Dalsze, odbijają błękit nieba. Tło horyzontu tuż nad górami rozjaśnia światło słońca. Światło jest poziome, jakby dzień nabierał w płuca życia. Ciemna chmura nad głową świętego czeka na ciepły oddech ziemi. Może chce ustroić się w obłości. Dominują kolory - błękit, ugier i odrobina zieleni. Krajobraz jest wyraźny. Widzimy go z dużej wysokości. Przestrzeń pobudza wyobraźnię. Możemy się zagubić między łagodnymi górami. Za postacią widzimy dwie kręte drogi. Zapewne rozchodzą się w kierunku leżących tam miejscowości.

 

    Mieszkańcy Łącka rozpoznają św. Franciszka po ojcowskim szalu owiniętym wokół szyi i ubogiej gurmanie bez haftu, po którym pozostały tylko luźne nici. W mroźny dzień nacisnął kapelusz na czoło, żeby mu zimny wiatr nie wkładał rąk pod rondo i nie ogrzewał się, wpleciony we włosy. Szeroko otwarte oczy potrafią wyśledzić: lichą psią budę skrzypiącą na wietrze nie przybitą deską, za ciężki łańcuch, który przygina szyję do ziemi i suchy pysk, który nie może donośnie zaszczekać. Nie posmakował od wczoraj kropli wody.

    Święty Franciszek idzie noga za nogą. Przystaje. Patrzy. Gdzie nie może dojść, wysyła na zwiady kruki. To postać prawdziwa. Nie ma w niej nic z baśni. Świętego znają wszyscy, którzy choć raz podeptali godność zwierząt. Spotykają go wtedy na drodze swojego sumienia. Nie potrafią mu spojrzeć w oczy. Oni wiedzą po co jest bat i kij. Jak przelać ludzki gniew na grzbiet i brzuch zwierzęcia. Rozpoznamy ich po nerwowym zachowaniu i rumieńcu krzywd spływającym na twarz, kiedy się bacznie zaczniemy przyglądać inwentarzowi. Dobrego gospodarza, poznajemy po zachowaniu zwierząt, gdy do nich podchodzi.

    Jak mało który, łącki święty Franciszek dba o sprawiedliwość swojego obrazu świata. Dlatego tak często możemy go spotkać na obrzeżach domostw. Nalewa wody do psich misek, głaszcze zwierzęta, przytula ich ból do serca i myśli: „Ecce Homo”. ( łac. Oto człowiek )

Nagrody za dobroć, rozdaje hojnie.

Maria Golanka - felieton osobisty - wrzesień 2011

 

 



"ANDAMANY, czyli DWA KROKI W WYOBRAŹNIĘ"

                                                                                                          

Felieton osobisty Marii Golanki   na dzień 1 kwietnia 2011

 

„ANDAMANY, czyli DWA  KROKI  W  WYOBRAŹNIĘ ”

 

     - Wyobraź sobie, zaproponowano mi objęcie za miesiąc ambasady na Andamanach – powiedział do mnie mąż z zagadkową miną.

 - Przecież na wyspach Andamanch nie ma polskiej ambasady…

 - Też tak myślałem, a tu popatrz taki awans.

Zdenerwowałam się odrobinę. Widocznie z emocji spadł mi cukier, bo sięgnęłam po czwartą rurkę wypiekaną dla nas przez Baśkę Marcówkę.

     - I co ty na to? - wyrwał mnie mąż z rozmyślań. Taka zmiana w naszym życiu i to już za miesiąc? Powinnaś się przygotować do wyjazdu, coś sobie kupić.   

 - Pozwól mi chwilę pomyśleć. Jak zawsze, jestem przerażona. Zaparzę jeszcze jeden imbryk herbaty – powiedziałam wychodząc do kuchni. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do kolegi w ambasadzie.

     - Teraz raczej się likwiduje niż otwiera - powiedział. Mąż zrobił ci bardzo miły kawał na prima aprilis. Pogratuluj mu pomysłu, ale z drugiej strony wyzwolił w tobie wiele emocji, a jak wiem nie jesteś do tego przyzwyczajona. To permanentny nudziarz, skąd u niego nagle taki zwrot w wyobraźnię.

     I mnie to też zdziwiło. Maż zawsze oszczędny aż do przesady, nigdy by sobie nie pozwolił na takie marnotrawstwo gotówki. Zawsze twierdził: rzeczy dobrych marek należy donosić aż do zdarcia. Dlatego chodziłam do dzisiaj w niemodnych kostiumach z szalowymi kołnierzami i bluzkami ze stójką na której kazał mi zapinać broszkę po babci - rodową kameę. Wyjęłam karteczkę i spisałam na niej wszystko, co spodobało mi się w markowych sklepach w centrum miasta.

 - Będę potrzebowała nowej odzieży, wczuwałam się przy nim w rolę ambasadorowej. Może jakiś kapelusik, wisiorek, buciki – mówiłam do męża już na dobre zajętego telewizją. Wiesz, jestem tak podniecona wiadomością, że pojechałabym teraz do centrum handlowego popatrzeć na wystawy.

 

     - No tak, podniecona - mówił mąż patrząc nadal w ekran telewizora. Chcesz jechać teraz, w sobotę po osiemnastej? - zapytał zdziwiony.

 - Pooglądam. Może coś znajdę. Może wszedłbyś ze dwa kroki w wyobraźnie i pomyślał jaką chciałbyś mieć nową żonę na Andamanach?

 - Najlepiej byłoby zamienić na młodszy model – odpowiedział z ujmującą szczerością i szybko dodał żeby zatrzeć popełnioną gafę – tak mówią moi koledzy w biurze.

Lecz nadal uśmiechał się brnąc już nie dwa kroki w wyobraźnię, ale krocząc po niej szeroką autostradą.

 - To? - odpowiedziałam pytająco, mocno zniesmaczona jego nietaktownym zachowaniem.

Mąż niedbale sięgnął do portfela, wyjął złota kartę visa i położył na stole.

 

     Pierwszym sklepem był jubiler. Miałam tam upatrzony na wystawie pierścionek, gdy z nadmiaru wolnego czasu oglądałam w nieskończoność wystawy, snułam się po galeriach handlowych.

Popatrzyłam na brylanciki ułożone skośnie na obrączce oddzielone owalnym szmaragdem i uśmiechnęłam się do siebie.

     - Czy mogłabym odebrać pierścionek, gdy będę wracała z zakupów? – zapytałam eleganckiego pana, jak przypuszczałam właściciela sklepów jubilerskich rozsianych po sieciach handlowych.  

- Oczywiście. Poznałem panią. Jeśli się nie mylę, zagląda pani do nas, na wystawę, bardzo często – poprawił się co do moich odwiedzin. - Czyli jest pani naszą stała klientkę. Pozwoli pni, że udzielę jej dwudziesto procentowego rabatu. Od dziewięciu tysięcy złotych, to będzie … , starczy na elegancką torebkę, prawda?

 

     Konsekwentnie, punkt po punkcie robiłam zakupy z kartki. Gdy już nie byłam w stanie unieść ich w rękach, wzięłam wózek z działu spożywczego i umieściłam w nim: pistacjowy kostium, kapelusz z szerokim rondem, safianowe rękawiczki, pięć par pantofli i trzy torebki. Kremowy płaszczyk z rękawem trzy czwarte zostawiłam na sobie, chowając głęboko prochowiec sprzed dwóch dekad.

    - Pięknie pani wygląda w nowym płaszczyku, a kapelusz z kremową szarfą… nie poznałbym pani, gdybym teraz zobaczył panią przed moją wystawą. Pozwoli pani pomóc sobie zanieść zakupy do samochodu. Już zamykam sklep. I też parkuję w podziemiach galerii. Może będę mógł zaprosić panią na kawę, gdy następnym razem wstąpi pani do naszego sklepu. Może kiedyś, oczywiście w przyszłości, pozwoli pani zaprosić się na obiad, za miasto?

 - Ale to w przyszłości – dodał jubiler widząc moje brwi, uniesione do góry ze zdziwienia i z wielkim szacunkiem ucałował moją dłoń na pożegnanie.

 - Dziękuję za miłe słowa i zaproszenie, z którego chętnie skorzystam w przyszłym tygodniu. Może w czwartek? Jeszcze nigdy w życiu nie spędziłam tak ekscytującego wieczoru jak dzisiaj.

 

     Mąż, oniemiał widząc mnie rozpromienioną i niewyobrażalnie w tej chwili – urodziwą. Położyłam niedbale na stole kartę i okręciłam się kilka razy, by utrwalić w wyobraźni męża wrażenie jakie wywarłam na nim w modnych ubiorach.

 - Miałaś rację, warto wejść czasem dwa kroki w wyobraźnię, by się tak zdziwić rzeczywistością, bo wiesz, ta wiadomość bycia ambasadorem to jest kawał na prima aprilis.

     - Jak sprawdzisz stan konta to się zdziwisz i zadziwisz, pomyślałam. I będziesz się zadziwiał przez rok, bo na tyle starczy mi modnej odzieży. A potem, kto wie jak będzie… przypomniałam sobie niski, drżący niespokojnie głos najelegantszego i najbardziej taktownego z jubilerów.

 

MARIA  GOLANKA    Kiss

 



LAUDACYJKA URODZINOWA dla KRYSI B.

Felieton osobisty Marii Golanki  z  22 marca 2011

Wink

 

LAUDACYKA  URODZINOWA  dla  KRYSI  B. 

 

    „ MIOTŁA  I  SZARA  MYSZKA ”

 

     Gdy po sygnale dzwonka otwierają się drzwi, wypada na mnie miotła stojąca szczeciną do góry.

 - Krysia wymiata – mówi córka Mirusia.

Patrzę na sufit. Czysty. Przecież mieszkanie tuż po remoncie, więc co Krysia ma wymiatać.

 - Wymiata złe wiadomości – dodaje spokojnie Mirusia, widząc jak na suficie szukam pająków.

     To listonosz ma „przechlapane”, myślę, widząc oczami wyobraźni, jak chłop pod drzwiami zakłada hełm na głowę i podaje Krysi rachunek za gaz.

      - Mama jest? - pytam cicho czując zapach trociczek, które w Indiach boss hotelu zapalał co rano przed swoim bóstwem. Więc może Krysia… milknę i zaglądam do pokoju jak spłoszona myszka centymetr po centymetrze, by jej przypadkiem nie przeszkodzić w medytacji.

     Krysia siedzi.

Ale żeby jakoś specjalnie siedziała… Zawiodła w tej chwili moje oczekiwania – myślę i cicho podpatruję jak kreśli coś na kartce papieru. Koła, półkola, elipsy, proste i oś liczbową od punktu O.

Rozwiązuje zadanie z geometrii myślę. Może uczy się geometrii, lub tak dla zabawy abstrakcję kreśli, według tylko sobie znanej kompozycji. Artystce nie należy przerywać, to może być niezdrowe dla jej wrażliwej duszy więc, nieruchomieję z jednym okiem jeszcze w przedpokoju, drugim już w pokoju. Podglądam.

 

 - Wiem, że brzydko proszę Państwa, ale nie mogę się oprzeć.

 

     Jednak geometria – zgaduję - uśmiecham się do siebie widząc jak Krysia zlicza, czyli sumuje napisane na dole cyfry. Obok zauważam koło ze znakami zodiaku: kogut, zając, bawół.

 - Wąż - mówi do siebie Krysia. - Zgadza się, aż do ostatniego szczegółu. Miałam rację!

Uśmiecha się zadowolona i spostrzega moje oko przewieszone przez próg.

 - O! Marynia, a ty jaki jesteś numer? – pyta od razu z „grubej rury” zamiast odpowiedzieć na moje ledwie słyszalne dzień dobry.

 

 - I głupieję proszę Państwa, bo skąd ona wie jaki ze mnie numer.

 

     Ze strachu dostaję na organizmie przepraszającego skurczu i maleję do metra czterdzieści, co przy moim przygruntowym wzroście nie jest znowu takie trudne. Skąd Krysia wie, że oni /mężczyźni/ gdy ich odprawiałam po zaniechaniu miłowania mówili mi zawsze: „ niezły z ciebie z numerek maleńka .”

     No i przyszła chwila na pokutę za ich strzaskane serca, myślę przerażona. A nóż mi Krysia wywlecze duszę, przenicuje, dokopie się do jej sekretów i jak ją, bidulę, tę moją duszę, utulę przed snem, kiedy sama od lat wspieram się w zapadaniu w sen szklanką ziółek.

 

     - Numerologia – mówi Krysia widząc mnie wielce zmieszaną. Jaka jesteś?

 - Dałabym sobie osiem na dziesięć możliwych – to mówiąc wypinam moją wyścigową klatę.

I widzę, że jakoś nie umiem sensownie odpowiedzieć na jej pytanie. Może nie spotkałam się jeszcze

z rozumem, gdybam. Chwytam się wiec chińskich wizerunków zwierząt i mówię szczęśliwa jak dziecko przy tablicy, które z tyłu policzyło na palcach ile jest dwa plus trzy.

 

    - Myszka chińska. Myszka jestem - zaciągam po chińsku i dla złapania równowagi psychicznej pochylam się głęboko.

 - Szczur! – mówi Krysia swoim pewnym siebie głosem. A głos ma donośny jak Państwo wiedzą.

 - No nie bądź dla mnie tak łaskawa, mówię nieśmiało. Szara myszka wystarczy, nie jestem aż tak przebojowa jak mądry, chiński szczur.

 - Nierzadko ta mała myszka jest silniejsza od bawołu – dodaje Krysia patrząc na mnie

z zadowoleniem na twarzy.

Kurde nie kumam, przydałaby się kawa i pół godziny dla spotkania z rozumem.

 - Bardzo dobry chiński znak, pracowity, sumienny, prawy. Gratuluję!

 -  Ja jestem WĄŻ - mówi rozbawiona moją niewiedzą.

 - A nasz zwykły zodiak też cię interesuje? – pytam, by odwrócić swoją złą passę.

 

      - Wszystkie znaki zodiaków, numerologia, układy planet w dniu urodzin, tarot, kabała tradycyjna, przesłania anielskie. Mam w sobie ukrytą pieczęć Hipokratesa, leczniczą energię do sześciu metrów. W prawej dłoni zbadane trzysta pięćdziesiąt procent, w lewej dwieście. Norma wynosi tylko sto procent, więc muszę ją rozdawać na prawo i lewo, cobym się sama w niej nie spaliła – dodaje dumna ze swojej możliwości niesienia pomocy innym.

 - Tłumaczę też sny, skreślam runy i czakram.

 - Ten z Wawelu? – pytam jakbym wiedziała coś więcej, poza urywkiem mądrości z migawki w telewizji.

 - Nie, ten, który mam w domu – mówi śmiejąc się do mnie.

 - Mam takie miejsce w mieszkaniu, gdzie z kosmosu spływa dobra energia.

 - To ja w tym miejscu poproszę kawę – mówię już słaba i mocno chwiejna fizycznie. Siadam w na „tym” miejscu, wystawiam na czaty wszystkie zmysły, by nie uronić wrażeń na ciele i duszy.

 

     - No proszę Państwa języka nie wystawiłam – dlaczego ten pan tak zaraz pyta obrazowo

 – czy język też wywaliłam na czaty?  Czułam się dobrze siedząc pod czakramem.

 - I pogubiłam się przez pana.

 

    -  A już wiem!..

Krysia patrzy na mnie siedzącą po czakramem. Wlepia we mnie oczy, aż mam dreszcze na rekach.

 - Jak jesteś spokojna – mówi – to masz niebieskie ślepia. Jak się denerwujesz, są zielone z cienkimi kreseczkami. Aż prześwietlone od środka – dodaje.

 - Gdzie ty mi Krysiu jeszcze zajrzysz – mówię podnosząc palce do góry w geście: będę mówić prawdę i tylko… tylko nie zaglądaj do mej duszy – proszę błagalnie.

 - Nie muszę – mówi. Oczy są zwierciadłem duszy.

     No masz, to już poległam. Czuję proszę Państwa te jej oczy, jak mi przełażą przez ciao i oglądają plecy.

 - Ty jesteś jak rezonans magnetyczny dusz – żartuję sobie, by dać ciału chwilkę na opamiętanie przed zemdleniem.

 

     - O matko, wiedźma, czy wróżka? – nie mogę się zdecydować gdzie, czyli jak mam Krysię zaszeregować. Czuję, że dostaję zeza jak zawsze gdy jestem skołowaciała i nie trafiam w drzwi.

Na szczęście dla mnie, już wyjściowe. Na piętach kładzie mi się szorstkie włosie miotły, jakby mnie utożsamiało ze złą wiadomością i ponaglało ukłuciami do wyjścia.

Odwracam się do pań, które żegnają mnie serdecznie w progu domu. Widzę miotłę obojętnie opartą o naroże w przedpokoju.

 

 - A może to jednak jakieś czary. Przecież w nic nie wierzę - mówię uruchamiając silnik samochodu. Ale… jednak coś niepokojącego w tym jest?

W pięty kłuła mnie przecież szczecina szczotki. Że też nic nie rozumiem ze świata magii.

 - Tak! Już wiem, - mówię głośno do lusterka w samochodzie – pójdę do wróżki to mi wszystko wytłumaczy.

 

 - Czy ktoś z Państwa był u wróżki?

 - Pomogła?

 - To pójdę, bo ze mnie strasznie ciemna „masa”.

 

     Po kawie pod czakramem czułam się wyśmienicie, dopóki nie otworzyłam skrzynki na listy

i nie otworzyłam blankietu na dopłatę za prąd. 705zł do dwudziestego czwartego. A dzisiaj mamy dwudziesty drugi dzień marca i jesteśmy w klubie „13 MUZ” Sosnowieckiej Spółdzielni Mieszkaniowej Sielec.

 

     Od złych wiadomości strzeże mnie teraz przyklejony do wewnętrznej ścianki skrzynki na listy mały ostry pędzelek, podkradziony wnuczce z pudełka z farbkami do malowania.

 - Nomen – omen, proszę Państwa. Nomen - omen.

 

MARIA  GOLANKA   Kiss



LAUDACYJKA DLA Reginy S.

                         Wink            

 

       LAUDACYJKA URODZINOWA   dla Reginy S.   

 

     „ CZY  POŻEGNANIE  Z  AFRYKĄ ? ”

 

„Iść drogą gdzie promyk słońca prowadzi” - to jej motto. To dlatego, że promyk urzekł ją w dzieciństwie i wciągnął w swój tajemniczy świat. Owinął w horyzont, aż po krzywiznę ziemi. I poszła za promieniem słońca przez równik. Połykała poranną rosę z Bugenwilli, podglądała wodopoje i cichutko mówiła: Murzynek Bambo w Afryce mieszka, tęsknię do niego przez wszystkie ranki, cóż mnie obchodzą szkolne czytanki. Chciała go znaleźć. Więc zatapiała się w gorącej Afryce co wieczór. Co noc w snach błądziła po płaszczyznach Serengetti. Dochodziła aż pod Kilimandżaro.

Dzisiaj głosi: Pożegnanie z Afryką. Już dość – mówi, - wydoroślałam.

– Takie tam bajanie, myślę.

 

- Proszę Państwa, jak można wydorośleć i tak po prostu wyjść z afrykańskich klimatów?

 

 - Mówi: urodziłam się na nowo pięć lat temu. 

 

 - A co zrobiła z dawnymi latami, tymi sprzed pięciu, które teraz stanowią jej opasły i szczęściem napisany życiorys?

 

    Roztrwoniła dla niepamięci po meandrach Afryki. Nabiła na kolce akacji, by się nigdy nie podniosły. Nawet w jej pamięci. Na każdym kolcu po jednej minucie z przeszłego czasu. Kroplę łzy utopiła w barwnych mirażach słonego jeziora Szott El Dżerid w Tunezji.

Tak dla niepoznaki, żeby jej soli nie można było w nim wychwycić. Ale ja tę kroplę widziałam, o świcie, gdy wstawało słońce, zajaśniała na stoku gór i zgasła za sprawą obrotu ziemi.

 -  Już tam nie wrócę!  – odgraża się. Zatrzasnęłam za sobą bramę kontynentu!  – mówi stanowczo.

 

    - Taa… nie wróci?

Baju, baju. A co z zebrami kołującymi w sobie i obok siebie?

Proszę spojrzeć na obrazek i na tarczę zegara? Jak Państwo myślicie, czy ktoś kto żegna się przegania przez tarczę zegara stada zwierząt? Pięknych zwierząt.

Przecież one na tarczy kreślą koła i podążają zgodnie ze swoim zwyczajem, wracając wciąż tymi samymi ścieżkami do początku, jak wskazówki zegara. Jak wszystko, co zabiera ze sobą koło czasu.

 

     Reniu!! Nigdy tej fascynacji z siebie nie usuniesz. Nie wykreślisz. Nie zaniechasz.

 - Bo i dlaczego miałabyś to zrobić?

 - Moda na etniczność minęła – mówisz.

Komu minęła, u tego w sklepie króluje nowy design. A Afryka taka piękna.

Tam tam tamy wybijają rytm i tam tam wtórują im tańcząc bose stopy.

Nie raz słyszałam oddech Sahary. Niezapomniany szelest ziaren piasku wydm przesuwających się jak w klepsydrze. Pojechałam z synem jeepem hen w głąb pustyni, aż do ostatniej osady. O czwartej rano przed brzaskiem ubrani w martensy chroniące nas przed ukąszeniem jadowitej Żmii Rogatej, wsłuchiwaliśmy się w śpiew turkawek. Truu, truu wibrował zaśpiew po spirali dźwięku, przerywany co rusz ujadaniem psów. Syn oburzony, że musiał wstać o trzej nad ranem, wyszeptał mi w całkowitej ciemności nocy. 

 - Matuś, tego nie da się zapomnieć.

 - Zapachu, dźwięku, kolorów suku – też. Afryki Reniu nie sposób wymazać z pamięci.

 

     - Czy znasz film „Pożegnanie z Afryką”? Zabrałam na ten film mojego syna. Był wtedy w szóstej klasie. Opierał się, ale poszedł z grzeczności. To był film dla dorosłych, nie jakiś Bruce Lee, który wtedy niepodzielnie królował na wszystkich ekranach kin i na kasetach wideo.

 - I co? Zapytałam go po wyjściu z kina. Odpowiedział – piękny, masz rację Matuś, ja takich filmów dotąd nie znałem. Teraz, ilekroć pojawia się na ekranie TV, mam od niego wiadomość – Robert R. w Afryce, nie przegap.

Reniu, uwierzysz – nie przegapiłam nigdy. Zawsze pogłaśniam, gdy słychać oddechy Kenii: tupot kopyt pędzących zwierzą, głos walczącego lwa. Ta fascynacja Afryką trwa we mnie – nieprzerwanie, chociaż odwiedziłam ją już kilka razy i powinnam odfajkować, że tam już byłam.

Ty też się jej nie wyzbywaj. Pielęgnuj. Jak te klimaty z wiersza, których oddech podąża wciąż za Tobą. Przyspiesza w ciągu dnia. Zwalnia tuż przed snem i tka nocą obrazy z wyobraźni.

 

 

  - Powiedzcie Jej Państwo – że nie tak łatwo zatrzeć w sobie ślady dzieciństwa. Ono zostaje na całe życie. On, ten Murzynek i tak będzie do niej powracał w chwilach rzewnych, wzruszających.

 

     Chociaż Renia zapowiada, że za zamknięte drzwi to ona już nigdy nie wejdzie, zgubiła klucz i koniec. Postaram się  Państwu udowodnić jaką jest kłamczuchą.

 

     Na visus to nam się wydaje - kobieta ma słabość do grzebania w torbie. A torby Reni… to nie jakiś tam koper-tówki. Gdy poczuje potrzebę zanurzenia się w swojej torebce, wkłada rękę hen! poza nadgarstek. Oczy stawia w punkt zamyślenia i znika z listy obecności. Torba Reni to nie byle jaki labirynt. Najpierw ręka penetruje wierzch owego kufra, błądzi wśród skarbów leżących najbliżej światła. Zagląda do kieszonki przedniej i dwóch tylnich. Nieruchomieje. Wzrok na moment omiata rzeczywistość i znowu zamienia się w dotyk. Maca. Maca wzdłuż równika – nic. Wraca równikiem ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód, aż do rumieńca wypełzającego na policzek. Powraca, łapie coś na szerokości geograficznej Ząbkowic i zastyga…

 

 - Co jest w tym poszukiwaniu zastanawiające?

 - Proszę Państwa to, że ręka Reni nie wybiega z przepastności torby. Ona tam razem z zmysłami Reni ucina sobie drzemkę. Okamgnienie wyczynia wewnątrz jakieś podejrzanie śmieszne ruchy, po których twarz Reni zdaje się przestępować siódme niebo. Dochodzi czasem w oku Reni do pierwszej łzy, ale owa łza cofa się natychmiast. Renia w ekstazie podnosi głowę do góry. I choćby salwa na cześć jej piątych urodzin huknęła, Renia nic – Sfinks – też chłop w Afryce poczęty -  więc ona, majestatycznie jak on, też patrzy w dal.

 

 - I ta ekstaza trwa proszę Państwa dobrą chwilę, a nas zżera ciekawość, co też jej ręka trzyma w ręce, że lico podnieca?

 

 - Źle Państwo kombinują.

Jak pierwszy raz obserwowałam jej ręczne przebieżki w torbie, to też weszłam na skraj tej ścieżki.

I tutaj na początek powiem Państwu: pudło, figa, nic - dla Państwa i dla mnie.

     Bo… ,  gdyby to był zegarek czy komórka, ręka spiesznie wypełzłaby z torby przed oczy Reni. Chustka do nosa miałaby misję do spełnienia, czyli pragnęłaby coś wytrzeć, zatrzeć jakiś kompromitujący ślad na policzku i też ujrzałaby szybko świat. Zmyłką dla nas jest owa upojność chwili w jej zmysłach. Lecz niech już nic Państwa nie wprowadza w chybiony traf.

Renia szuka w torbie słonika „szczęściarza”.

Chociaż jaki tam z niego „szczęściarz”, kiedy chłop nie ma trąby. Ale pochodzi z Afryki.

I tutaj wysypało się kłamstwo Reni, że zaniechuje na zawsze kontaktów z tym kontynentem.

Gdy to wyśledziłam, postawiłam jej kłamstwo przed oczy. Renia tłumaczyła się gęsto stawiając słowa usprawiedliwień.  - Tak wiem – powiedziała skruszona - jest Afrykaninem. Nie ma trąby. Nie, nie pamiętam chwili wypadku. Trąby też nie znalazłam.

 - Reniu, musisz znaleźć trąbę!! Przecież słonie to nie zaskrońce, nic im nie odrasta i nie porzucają skóry by się odnowić!

 - Swoją droga urocze panie, taki lifting wylinkowy to cud dla urody. Lecz wyobraźmy sobie minę partnera, gdy budzi się rano z wylinką zamiast nas na podusi? No horror.

 

    Słonie nie zostawiają wylinek i nie gubią trąb. Trąba już mu Reniu nie odrośnie, jak nie przymierzając ogon jaszczurowi? Wiec co zmajstrowałaś zwierzęciu? Wstyd i cierpienie. Twierdzisz, że chociaż chłop jest po przejściach, a i tak przynosi ci szczęście. Dyskretny jest, nawet bardzo - mówisz. Nie powtarza, nie zadaje pytań, nie zdradza tajemnic.

Jak ma sprzedać twoje tajemnice jak jest mówiącym inaczej? Najważniejsze, że potraficie się ze sobą dogadać. Rozumiem jak masz go nie kochać. Reniu po czym ty go głaszczesz jak on już dawno nie ma  trąby?!

 - Po brzuszku. No to głaszcz go Reniu, głaszcz! I niech tak zostanie na kolejne piątki lat! rozhasanych po świecie.

 

Felieton osobisty Marii Golanki z 18 marca 2011

 

 

 

 

KissKiss



"TABOREK I TAMBURYNEK"

         Felieton osobisty  MARIA  GOLANKA  11 marca 2011

Giszowieckie Centrum Kultury Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej

 

Wystawa haftu: Teresa Orłowska i Halina Kwiatkowska

 

 

                            „TABOREK  i  TAMBURYNEK”          

 

     Tańcowała igła z nitką – było.

Obrazy nitką malowane – było.

 

 - Czy warsztacik naszej pani Haliny hafciareczki wziął ktoś z Państwa pod lupę?

Nie. To ja się przyjrzę. Pozwolą Państwo, prawda?

 

    Wyglądać by mogło tak: nasza artystka idzie do sklepu, kupuje sto sztuk nici zwanych mulina, jakiś szablon, taki jaki był kiedyś w każdym domu. I ja też z takowego korzystałam, haftowałam i Richelieu też potrafię na obrusie wydziergać, jak każda dziewczyna, której dzieciństwo przypadło na połowę ubiegłego wieku. Brzmi jakbym opisywała czasy piramid. 

 

 - Proszę Państwa,  nasza pani Halina tak po prostu nie zapełnia nicią kanwy. Tak prosto się tego wykonuje. To artyzm najwyższej próby zawarty w ściegu, który jak ona, jest profesjonalny aż do bólu i w doborze koloru nici - też.

To jak paleta barw malarza z tysiącem półcieni.

Założenia wykonania obrazu są twarde. Twarz ma mieć rysy danej osoby, bratek ma mieć kolory kwiatka, gołąb ma być gołębiem. Więc artystce potrzeba nici w odcieniach gołębiego brzuszka, plecków i opalizujących piórek na szyi. A w domu ma tylko szarości. I klops! i rozpacz! i nerw ściąga złością połowę policzka i wredna igła wlazła w palec w to samo miejsce już setny raz.

 - A gdzie naparstek? -  pytam doświadczana w dzieciństwie niekończącymi się pouczeniami mamy i babci: bez naparstka nie będzie z ciebie dobra krawcowa. Pamiętaj! przekłuty palec byle jak szyje.

Pamiętam, nie umiem bez naparstka i nasza hafciarka – też to zna.

 

 - Czy wiedzą Państwo, czym się Pani artystka posługuje by naprężyć kanwę?

Tamborkiem.

 - Tamburynem, - mówi pan. I ma pan rację. To damska odmiana tamburyna na igłę, nici, naparstek.

A po dziesięciu latach… na okulary do bliży przy świetle naturalnym i druga para przy „dupny” mocy żarówce. „Dupno”, znaczy w śląskiej gwarze, mocna, więc po co ten uśmiech po prawej stronie sali.

 

Czy ktoś z państwa wie jak wygląda tamborek? Nie wszyscy?

Spieszę więc z opisem. To kółko wsadzone w kółko.

Ścisłe, czyli pasowne aż do bólu, zapięte z boku na frymuśny zameczek.

 

      - Świetna sprawa – woła chór męskich głosów z głębi sali.

 -  I co pan proponuje?

 - Zarejestrować jako urządzenie do naciągania rysów twarzy?

 - Czy Panie to słyszą.

 - Tutaj może się „odgryziemy”. Może my kobiety, znawczynie męskich fochów, zamontujemy to naciągało na policzki i czoła panów z marsową miną. Dla słodkich zgryźliwców też! A niech mają radość o poranku. Bo o poranku mężczyzna zmierzły jest – to powszechna opinia mężczyzn o sobie. Nie lubią poranków. Nie nasza, kobieca.

My się zmarszczek nie boimy, bo ich wokół nas ich nie ma. Według moich najnowszych badań laboratoryjnych, to niechciany po tzw. piątym krzyżyku, uboczny skutek przyciągania ziemskiego. Opierają mu się tylko niektórzy. Ten temat również wezmę niedługo pod lupę, z zawiści kobiecej, bo gdzie tutaj sprawiedliwość. Od zarania, czyli od czasu  naszej świadomości wiemy, że są równi i równiejsi w skutkach po zjedzeniu piątego pączka w tłusty czwartek. Ale wkładać kobiecie tamborek na owal twarzy?.

     Wracając więc do owego przyrządu, tak kontrowersyjnego, że aż podzielił salę na dwa obozy, udowodnię jak kapryśny jest tamborek.

 

    Gdy niepotrzebny, leży rozleniwiony na kanapie jak mężczyzna w czasie wiadomości. Rozpięty, zionie pustą czeluścią okręgów, jak kameleon przybiera barwy narzuty. A nóż się uda dzisiaj wieczorem nie pracować, myśli i udaje ze śpi. Nasza wspaniała hafciarka wypada z kuchni z za mocno wysmażonym faworkiem. Ma już w głowie gotowy pomysł wzoru i już! natychmiast! chce się przekonać jak pomysł będzie wyglądał na rozpiętej kanwie tamborka.

A tamborek śpi na kanapie. Więc ona też moment odsapnie, zje spieczonego faworka

i zaraz dobierze kolory do tła: srebro, biel, szary nie za szary, grafit nie za ciemny lecz lekko przełamany bielą, niebiesko-szary, błękit blady z nutą poświaty. I już widzi poświatę księżyca ścielącą się w górnej części obrazu od ramy do ramy.     

 

     Zaaferowana, nieprzytomna z wizji, nieuważna, siada na owal śpiącego tamborka.

Ten zaskoczony! uderza w górne tony krzyku i szczypię ją w skrawek tego co na nim przysiadło.

Nie siadło. To coś poczuło, że chciało usiąść na frymuśnej zapince, ale była odpięta, więc uszczypnęła to coś, co usiąść chciało.

 - A masz!! - zakrzyknął tamborek.

 - O matko!! -  krzyknęła właścicielka czegoś, co przygniotło tamborek aż do bezdechu.

I odskoczyli.

 - Jaka ulga, nie złamał się – powiedziała artystka.

 - Nareszcie mogę odetchnąć całą objętością walca ( w tym wypadku koło po brzegach ma swoją wysokość i można obliczyć jego objętość. Tłumaczę to tym z Państwa, którzy akurat wtedy mieli anginę i nie byli na tej lekcji geometrii. To jest walec ).

 - Czekaj babo, już ja ci się odwdzięczę!? -  krzyczy tamborek, niemo wybałuszając ogromne ślepia leżące na narzucie. 

 - Już ja ci napnę kanwę??  – zobaczysz: te skosy, te meandry, fale, żabocie brzegi, wybrzuszone nieba, zapadłe jeziora, krzywe wieże i koła u wozów jak elipsy!

Jak się spostrzeżesz, że coś tutaj nie gra, to cię zapytam: co, taka zdziwiona?

Trzeba było pozwolić zdrzemnąć się mężczyźnie. Teraz to sobie zrób ze mnie tamburyn. Umocuj na mulinie między moimi obręczami dzwoneczki i zatańcz jak odaliska przy dźwięku fontanny z ostatniego haftu.

 

 - Mogę o coś panów zapytać?

 - Czy ci, którzy nie wiedzą jak wygląda tamborek a jak wygląda zrobiony z niego tamburyn są ukontentowani wywodem?

To takie od wieków damskie dwa w jednym, które mamy zarezerwowane dla panów.

W dzień się haftuje, w nocy wabi.

I tutaj pozostawiam panom do zapełnienia puste pole wyobraźni.

 

 - Już nie zabieram czasu. Tylko jedno małe pytanko: czy nasze artystki noszą koszulki nocne z hafcikami? Gdyby ktoś z Państwa wiedział, proszę mi o tym opowiedzieć.

           MARIA  GOLANKA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



"HAFT MIAO I PIĘKNY UJGÓR"

Felieton osobisty  MARIA  GOLANKA   11 marca 2011

Giszowieckie Centrum Kultury Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej

 

Wystawa haftu: Teresa Orłowska i Halina Kwiatkowska i montaż słowno - muzyczny.

 

„ HAFT  MIAO  I  PIĘKNY  UJGÓR ”                                                                     

 

     Roześmiała się, gdy jej powiedziałam: Tereniu, kroczysz drogą klasycznego haftu. Znalazłaś kontakt z innym światem, pielęgnuj jego uroki w sobie. Uśmiechnęła się

i zapytała: Kiedy pani wraca do Polski. Powie pani mojej mamie jak piękny jest haft Miao, którego się tutaj nauczyłam.

     Terenię spotkałam w Chinach w prowincji Gizhou. Pojechała tam z bardzo bogatą ciotką, która ukochała podróże po dalekim wschodzie.

- Okaz zdrowia, popatrz jak sprężyście się porusza i jaka z niej urodziwa pannica – opowiadała mi jej ciotka, jak przekonywała do wyjazdu mamę Tereni, gdy ta miała wątpliwości, czy pozwolić córce na tak daleką podróż.

– Zwiedzi świat, a nauka? - no cóż, nie zając. Za to nauczy się na statku angielskiego, potem chińskiego. Zdąży skończyć szkoły, już ja o to zadbam – mówiła jakich użyła argumentów, by po kilku tygodniach perswazji uzyskać zgodę na wyjazd w bardzo daleki świat.

     I popłynęły z Lizbony do Chin. Stamtąd koleją daleko w ląd do miasta Kaili, potem w ślimaczym tempie do wioski położonej na wysokości dwóch tysięcy metrów n.p.m. Wioska położona była w najpiękniejszym krajobrazie, jaki widziałam po Machu Picchu. Wokół rozpościerały się tarasy ryżowe, do których można było dojść tylko na nogach. Ludzie przesympatyczni, niscy i mocni jak konie, urzekali nas swą gościnnością. Mężczyźni golili głowy, zostawiając z tyłu kitę. Ubierali się barwnie. Mężczyźni nosili piękne nakrycia głowy: czapeczki doppi. Kobiety zawiązywały chusty wokół głowy, a ich brzegi krzyżowały fantazyjnie na czubku zawoju.

Wszystkie ubrania przybrane były haftem w kolorach: granatu, czerni i niebieskim.

 

     Był to znany na całym dalekim wschodzie haft Miao, czyli haft, który wziął nazwę od ich mniejszości narodowej MIAO. Charakteryzował się układaniem na kanwie nici cienkich jak nić jedwabnika.

I to ten haft urzekł młodą pannicę Terenię. Mieszkała z ciotką w rządowym pensjonacie Zengfu Zhao.

Na ulicach Kaili panowała atmosfera specjalna. Tylko daleki wschód potrafił tak oddychać. Wzdłuż ulic rozstawione były kramy - ze wszystkim. Można było zjeść kebab, chińską zupkę, jarzyny przyrządzane na oczach klienta i makaron ryżowy

z przeróżnymi sosami.

Terenia spodobała się synowi chińskiego muzułmanina, pięknemu, śniademu Ujgurowi, przypominającemu urodą mieszkańców Bliskiego wschodu.                          Ilekroć przechodziła koło ich rodzinnego straganu, młody częstował ją ciągnącym się słodkim nugatem

i pysznymi rodzynkami turpani, z których usypywał piramidki.

     Przyznaję - wywarli na mnie niebywałe wrażenie. Na wzór starej wschodniej tradycji poznawali się powoli. Ich uczucie kiełkowało z dnia na dzień. Byli krańcowo różnej urody i stanowili nie lada gratkę dla miejscowej ludności. Poza tym sława o niebywałych zdolnościach młodej Polki powoli wypełniała okoliczne miasta i wsie.

I to jego, młodego chłopca poprosiła ciotka, by trzy razy w tygodniu zawoził Terenię do górskiej wioski na naukę haftu Miao.

     Jej spryt zadziwiał wszystkie miejscowe kobiety. Po pół roku nauki była sprytniejsza od najdoskonalszych. Haft był niewyobrażalnie pracochłonny. Wykonanie małego kilimu zajmowało rok pracy. Trzeba było nie lada sprytu, by z pajęczej nici wyhaftować kwiaty przechodzące nierozpoznawalnie z koloru w kolor. Kwiaty były motywem najdroższego haftu na świecie. Gdy Terenia uporała się z makatką w osiem miesięcy, pozwolono jej sprzedać ją na targu w mieście Kaili.

 

     - Ni goh geih doh Chin a? – czyli, ile to kosztuje zapytała gejsza wsparta o ramię eleganckiego europejczyka.

 -  Ho gwaih – bardzo drogie ,

 – yat mahahn – dziesięć tysięcy jenów – wypaliła śmiało Terenia.

Elegancki pan wyjął zwitek banknotów i podał je dziewczynie.

 

     Po roku nauki Terenia zaczęła do haftu wprowadzać kolory. Kwiatowe wstęgi nabierały barw łąk i kwitnących drzew. Gdy powróciła do Polski założyła szkołę haftu Miao. W ubiegłym tygodniu TV pokazała kilim z haftem Miao, którego wykonanie zajęło Chince trzy lata i który został sprzedany za siedem tysięcy Eu.

HAFT  MIAO z południowych Chin został zapisany jako dziedzictwo kultury.

W sklepie internetowym można kupić woreczek wielkości torebki cukru za trzysta złotych. Na torebce haft Miao zmieszany był z jakimś lokalnym haftem. Płatki kwiatów wychodziły swoimi wypukłościami poza kanwę.

 

     Słyszałam, że ta młoda dziewczyna Terenia nadal mieszka w Zagłębiu.

Jest Prezeską Stowarzyszenia Twórców Kultury i wystawia swoje prace na wystawach. Zdobywa nagrody i uznanie prasy.

 - Pytacie Państwo czy sprzedaje swoje wyroby?  -  Proszę Państwa nie wiem?  

 - Lecz kogo byłoby stać na taki luksus? Chyba tylko gejszę opartą o bogatego sponsora, bo nas, na pewno nie.

 - Nie wiem co się stało z młodym, pięknym Ujgurem ubranym w zieloną piuskę i nóż wiszący nieodłącznie u jego boku?

Może przyjechali razem do Polski. Jak spotkacie Państwo panią Terenię zapytajcie

i pozdrówcie od Majki G.

 

 - Może zechce pokazać Państwu jego zdjęcie, młodego, smukłego chłopca z migdałowymi oczami i zarostem na twarzy jak źle wykiełkowane nasiona na suchym zagonie.

 - Proszę Państwa proszę się nie uśmiechać. Przecież uroda nijak się ma do miłości. 

 

MARIA  GOLANKA



GIszowieckie Centrum Kultury -2011-03-11

Felieton osobisty Marii Golanki     11 marca 2011                                        

 

 

 

Giszowieckie Centrum Kultury Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej

ul.  Mysłowicka 28

 

Wystawa Prac Stowarzyszenia Twórców Kultury Zagłębia

Dąbrowskiego i montaż słowno – muzyczny

 

     Stowarzyszenie Twórców Kultury Zagłębia Dąbrowskiego „nawiedziło” piękną salę Centrum Kultury i przyozdobiło haftami dwóch swoich artystek – hafciarek. Były to prace Pani Prezes Stowarzyszenia Teresy Orłowskiej i Pani Haliny Kwiatkowskiej.

Sala zapełniała się z minuty na minutę. Co chwilę ktoś z okrzykiem

– To nie obraz! To haft! 

- przesuwał się pod zawieszonymi i opartymi na sztalugach pracami.

 

     - To dzieła sztuki – tak zaczęła spotkanie na wernisażu wystawy Pani Kierownik Giszowieckiego Centrum Kultury Katowickiej Spółdzielni Mieszkaniowej

Pani mgr Iwona Przybyła.

 - Pani prezes STKZD tłumaczyła mi jak się haftuje, ale ja bym prosiła jeszcze raz opowiedzieć nam jak to się wykonuje. To było tak skomplikowane w przypadku jej haftu, tak różnego od innych. Obrazy haftem zachwycają nas wszystkich. Są nie odróżnienia od namalowanych pędzlem. Podobają i zadziwiają każdego, kto podejdzie do nich blisko

i odkryje prawdę.

Warto przyjść raz jeszcze i podziwiać kunszt prac. To artyzm z najwyższej półki.

Krzyżyki są maleńkie, wprost nie można znaleźć miejsc, gdzie Pani Halina wkłuła igłę. Gratuluję.

    My też – członkowie STKZD, gratulujemy naszym Paniom, precyzji i wytrwałości.

Te dzieła nie powstają w ciągu miesiąca, czy dwóch. Są ukoronowaniem kilku miesięcznej żmudnej pracy.

 

     Ozdobą wieczoru „do słuchania” były recytacje wierszy członków stowarzyszenia i dwa fragmenty opowiadań napisanych na tę uroczystość przez autorkę dzisiejszego felietonu. Śpiewem trafiała do naszych serc Pani Bożena Związek. Nie raz wtórował jej porwany do śpiewu chór głosów z sali.

Były słodkości, napoje i uśmiech Pań z Centrum  Kultury. Czuliśmy się jak u siebie. Na dowód tego, że było nam miło, nikt się nie spieszył do domu. Grupki wędrowały od obrazu do obrazu. Rozmowom nie było końca. Gdyby nie czas odjazdu autobusu, nie rozstalibyśmy się z królestwem Pani Iwony Przybyły.

Pani Kierownik – proszę o nas pamiętać, wrócimy.

 

                            W Montażu słowno- muzycznym udział wzięli:

Teresa Orłowska, Krystyna Borkowska, Zofia Cencek, Maria Golanka, Barbara Marzec, Jolanta Wychowaniec, Stanisław Bareła i Krzysztof Zięcik. Śpiew: Bożena Związek. Proza: Maria Golanka.

                MARIA  GOLANKA   GISZOWIEC  11 marca 2011             



"TULIPAN PAPUZI"

  Felieton osobisty Marii Golanki      8  marca 2011                                           

 

                                         „ TULIPAN  PAPUZI ”                      

 

     Stali we czterech. Swoje wehikuły, nisko pokładowe kabriolety nieznanych marek zaparkowali wzdłuż witryny marketu. Spokojnie przeszukiwali zakamarki ubrań

i znalezione monety kładli do czapki położonej na stercie rupieci wygrzebanych

z okolicznych śmietników.

 - Dzień dobry pani – powiedzieli chórem skłoniwszy się aż nazbyt nisko.

 - Dzień dobry – odpowiedziało moje dobre wychowanie.

 

     Przeszukując półkę z jogurtami spostrzegłam przy kasie jednego z panów, płacącego za bukiet tulipanów w przezroczystej osłonce.

Będą szli do kogoś z życzeniami, pomyślałam. Może w punkcie skupu złomu mają dzisiaj nadzieję na kubek porządnej kawy. Może będą dziękować za przyjęcie towaru z listy niedozwolonych – gdybałam szukając zmarzniętą ręką paczki drożdży, bez brązowej wyschniętej skorupy na wierzchu.

Przy kasie przeraziła mnie ilość towarów mających się zmieścić do mojego zakupowego wózeczka. Na dnie umieściłam zgrzewkę papieru, potem ręczniki papierowe, pojemnik z marchewką, koszyk kiwi i stertę drobiazgów.

 - Weszło, powiedziałam zadowolona wychodząc na zewnątrz.

 

     - Dzień dobry pani. Dziś uroczyście pozdrawiamy kobiety – usłyszałam.

Usłyszałam, bo słońce świecące wprost do środka moich oczu i pozbawiło mnie ostrości widzenia. A właściwie oślepiło.

Ktoś wziął z mojej ręki wózeczek zakupowy. Ktoś zdejmował z mojej dłoni rękawiczkę. Ktoś za ktosiem całował mocno wargami moją dłoń.

Udało mi się wreszcie ustawić bokiem do kuli słońca i odzyskać skrawek kontrastu z obrazu, który przerósł moje wyobrażenie.

 

     Przed moim nosem sterczał papuzi tulipan. Jeszcze zielony, ale już wybarwiony. Skulony, ale już ukształtowany do rozwarcia. Wtulony w mocno sterczące w górę liście, ale cieszący oko wiosenną nadzieją na ciepłe, słoneczne dni. Czyli taki, jaki powinno się kupować, by długo stał. Stał w wazonie, oczywiście – to miałam na myśli i nie opadł z płatków po dwóch dniach, tylko po dziesięciu, jak teraz reklamują trwałość tulipanów.

 

     - Piękna Pani, w Dniu Kobiet wyrazy uwielbienia – tutaj się zdziwiłam, uniosłam brwi może zbyt mocno, bo męski kwartet dokończył śpiewnie.

- Proszę od nas kwiat przyjąć, kobieto miła w dzień święta swego.

Zabrzmiało jak wyrocznia, że kobiety są miłe tylko w dzień ich święta, czy może raczej od święta.

Gęby czwórki mężczyzn rozśmiewały się aż po braki w uzębieniu. Nie zobaczyłam zębów trzonowych, lecz co gorsza, zobaczyłam zaczerwienione od dymu miękkie podniebienia. Migdałków nie było widać.

     Pani pozwoli – powiedział trzymający papuziego – to Miet – ek, Mir – ek, Zdzi – chu

i autor życzeń Jaro – sław. Sylaby tak dla uproszczenia mowy, według skrótu obowiązującego młodych ludzi, takich jak my.

Nie zareagowałam i po chwili papuzi powiedział widząc moją głupkowatą minę, nie rozpoznającą sylab składających się na ich imiona.

 - Więc jeszcze raz przypomnimy pani sylaby. – To my: Miet - Mir, i dalej Zdzi - Jaro!

 

     Już chciałam coś powiedzieć, lecz kwartet pod wodzą Jaro jak na komendę wystawił przed siebie cztery dłonie.

Papuzi Jaro bez skrępowania zaproponował.

- Pani wesprze mężczyzn, którzy kochają kobiety?

Popatrzył na mnie, oniemiałą, z „niekumatą” miną i dodał z szerokim uśmiechem ograniczonym płatkami uszu.

- I zawsze pamiętają o ich świecie.

Poczem, czy to możliwe, twarz mu się jeszcze bardziej rozpromieniła. Widziałam za płatkami uszu skurczoną skórę potylicy. Ale mnie zdziwił, pomyślałam z szeroko otwartymi oczami.

– Taaa, pamiętają - zaszemrał kwartet na potwierdzenie ukochania wszystkich bez wyjątku kobiet. Przestąpił z nogi na nogę i powrócił do poprzedniej. Nerwowo dygnął jak pensjonariuszki i zastygł w oczekiwaniu, z rękami wyciągniętymi pod moje dziurki w  nosie.

 

     - Sumarycznie, czy jednostkowo? – zapytałam szorstko, bardzo rzeczowym głosem.

Przeliczanie było szybkie i widoczne na twarzach. Kalkulacja w skrócie była taka.

Jak dam każdemu po dwa złote, to będzie osiem. Jak dam sumarycznie, to wpłynie dycha. Jak sumarycznie dam piątkę, to lepiej jednostkowo.

Chwila wahania i odpowiedź papuziego Jaro wystrzeliła jak z karabinu i przerosła moje podejrzenia, o umiarkowane posiadanie sprytu.

 - Tę formę zadośćuczynienia preferujemy, której liczba po pomnożeniu przez nas czterech będzie większa.

Uśmiechnęłam się i odpaliłam z podziwem.

 -  Chytrule…

 

     Wyprostowali się i stanęli na baczność. Sięgnęli po męsku ręką do gołowąsej górnej wargi, dotknęli płatów nosa i promienieli jak zwycięzcy po ogłoszeniu wyników gonitwy. Popatrzyli na siebie wielce zadowoleni i roześmieli się z zadowolenia aż do łez.

     Ściągnęli tym spojrzenia ludzi wychodzących z marketu. Staliśmy się atrakcją poranka. Roześmieli się po raz drugi widząc w mojej ręce dwudziesto złotowy banknot, jedyny pieniądz jaki miałam w kieszeni, po otrzymaniu reszty w kasie.

 - Jak sumarycznie, to proszę piątkę reszty. Jak jednostkowo, to pan Jaro leci do kasy rozmienić na cztery i przyniesie mi resztę. Poproszę jeden grosz. Tyle zwyczajowo odejmuje się od sumy podanej w oszukańczej promocji towaru – odgryzłam się pewna,

 że nie będą mieli grosza przy duszy.

 - Proszę kobiety. W Dniu Kobiet reszta się jak najbardziej należy, dlatego u nas nie ma nigdy bilansów dodatnich. Tutaj jest grosz żądanej reszty.

Jaro Papuzi trzymał przed moim nosem bilon.

 - Jeśli pani tak bardzo na nim zależy to bardzo proszę, dla nas to po prostu pryszcz, zero, czyli nul.  

 

     Pryszcz, zero, czyli nul wylądował w mojej kieszeni, wózeczek zakupowy w ręce, tulipan papuzi dumnie stał w drugiej ręce. By go nie zawiało chłodem, zamknęłam go

w wózeczku zakupowym i z ulgą odjechałam w kierunku domu, swoim wehikułem z miękkim dachem zamykanym na rzepy. Marki wózeczka nie zapamiętałam. Kolory owszem, czyli zmieściłam się w przekonaniu ogółu - jak swój wehikuł rozpoznaje prawdziwa kobieta.

 

     - Dlaczego kupiłaś tylko jednego tulipana? – zapytał mocno zdziwiony mąż.

 - Bo były dzisiaj w zaskakującej promocji po 19.99 zł. za sztukę.

 - Co ty powiesz, aż tak podrożały przez jedną noc. Wczoraj siedem sztuk kosztowało pięć złotych?  

 

MARIA  GOLANKA



"WSZYSTKO POWSTAJE Z NUT"

Felieton osobisty Marii Golanki               10 lutego 2011                     

 

               „ WSZYSTKO  POWSTAJE  Z  NUT  ”                             Images: DSC_03590464_filtered-1.jpg

 

 

     Muzyka i poezja na wieczorku „ Miłość nie liczy lat ” obejmuje moją cząstkę otaczającego świata i jestem dzięki temu konglomeratowi bardziej zrośnięta z muzyką. Muzyka i jej wykonawcy zawierają w sobie wszystkie odmiany czasów. Pory i momenty.

 

     Gdy tuż przed występem ręce muzyków odpoczywają, rozpoczyna się w ich mózgach niewidzialna dla nas praca myśli. Myślenie to jeden z najwspanialszych przywilejów człowieka. W oczach muzyków widać niekończące się wielopoziomowe autostrady pełne uszeregowanych nut. Nut różnych: całych nut, pół nut, ćwierć nut itd. Gdzieś między nimi sterczy majestatycznie klucz wiolinowy, jak tytuł nowego utworu. Nuty zniecierpliwione oczekiwaniem zaczynają podskakiwać na swoich nogach. Po chwili, gdy opóźnienie występu sięga minuty, głowę muzyka ogarnia nieopisany chaos. Nuty skaczą, przeskakują siebie jak przez kozła, kładą się i machają nogami na pięciolinii, która pokrywa każdą nitkę autostrady. Robią to wszystkie nuty jakie znamy. Każda wydaje przy tym swój dźwięk.

 

 - Czy wyobrażają sobie państwo ten chaos w głowie wykonawcy.

 

     My, z innych, profesji, myślimy o ich niewyobrażalnym skupieniu, wręcz wyobcowaniu, a tu masz – rozpasanie myśli, wręcz bachanalia (tak każdą wesołą zabawę określa moja pięcioletnia wnuczka Madzia, przyswoiwszy sobie to słowo z bajek z telewizji). Swoją drogą, rozpasanie nut jest wspaniałym tematem dla malarza, który operuje kreską. Mam nawet tytuł: „ karnawał nut”.

     Na moment przed występem jak na znak dyrygenta zalega niczym nie zmącona cisza i panuje idealny porządek. I właśnie to wyobrażenie nienaganności mamy w pamięci patrząc na skupioną twarz muzyka, gdy jego dłoń zastyga nad instrumentem. Uderza. Wybrzmiewa pierwszy akord i co wtedy dzieje się w ich mózgach. Czy nuty czekające u progu melodii cisną się jak szalone, by wypaść z pamięci i wybrzmieć? Nic bardziej mylnego. Wychodzą gęsiego w porządku, który zawsze ustala muzyk. Czasem, ale to bardzo rzadko, któraś nuta zagubiona na torze pięciolinii wpadnie poślizgiem do koleżanki i źle wybrzmi. Tylko wprawne ucho słuchającego wyłapie ten fałsz. Dla nas wysłuczaczy, melodia płynie, pobrzmiewa, niesie się po wyobraźni. Czy może być inaczej?

 

 - Jak Państwo myślą, czy nuty cisną się na hurra!, by wybrzmieć?

 

     Nie cisną, nic takiego nie ma miejsca w przypadku naszych muzyków. Niepotrzebnie puściłam wodze wyobraźni. Oni znają nuty tylko z widzenia.

Nie tak nie znają ich na amen, tylko się tych nut z melodii nie uczą. To dwaj geniusze – melodię gromadzą w zapisie wirtualnym. Czyli on – ten zapis – jest, ale jakoby go nie było. On jest w pamięci i stamtąd go wyśpiewują, ale nie z nut, tylko z melodii.

     Melodia powstaje od środka (utworu), a potem dorabiają do niej refren, albo odwrotnie. Czynią to zawsze do kilku słów, które zrobiły na nich piorunujące wrażenie. Te słowa jak zrobią na nich wrażenie, to nie ma zmiłuj, krążą po nich tu i tam, i wracają już melodią. Oni to jeszcze raz podkreślają – wracają jej środkiem, lub refrenem (tej melodii). Po jakimś czasie, nie sprecyzowanym, melodia wraca z coraz dłuższą frazą i wtedy mają gotowy temat na piosenkę. Jeszcze tylko trochę czasu, albo dwa razy trochę i melodia gotowa. Tak mi tłumaczyli. Mam pokazać notatki? Na kopercie zapisałam i zgubiłam, ale znalazłam w innej torbie. W torbie Krysi i przepisałam z niej (nie z torby Krysi,

i nie z samej Krysi, tylko z koperty przepisałam) dokładnie słowo po słowie, które muzycy do mnie mówili.

Ja wiem, że to moje tłumaczenie jest pokrętne.

 

 - Ale kto z Państwa jest pewien, że rozumie geniuszy?

 

Ja, pewna nie jestem. Ja tylko usiłuję Państwu wytłumaczyć, co muzycy mają w mózgu. Czyli co mieli na myśli, mówiąc co mają.

Oni to się od razu przyznali: w mózgu mamy tylko! chaos.

 

 - Bez przerwy - przytaknął wyższy muzyk.

Jak się zdenerwuję to obłapiam tę swoją przyjaciółkę, przyciskam do siebie gładź jej korpusu i walę, po strunach, aż mi się wnętrze wyciszy.

Drugi nie wali – w struny, bo ma Harleya, to go wyciska.

 

 - Co wyciska, spytają Państwo?

 

     Prędkość.

Ale ja nie wierzę żeby muzyk pędził naprzód na sucho, bez nut. On mi się przyznał, że nuty zna doskonale i bardzo szybko je czyta. Wolniej zapisuje.

     To tak jak ja. Czytam szybko, jak mam okulary. Jak nie mam, to sami Państwo wiecie czym to się kończy. Nie zapamiętana część wiersza jest ad hoc zmyślona i traci sens już w trzeciej linijce niepamięci. Dlatego czytam z kartki, nie tak jak drugi geniusz, poeta z dzisiejszego wieczorku. Ten ma pamięć!! że ho, ho!  

A tutaj proszę: melodia wirtualnie zapisana, piosenka płynie z prędkością wyżyłowaną do zatarcia garów i co ciekawe, dalej się tworzy pod wpływem pędu. I jeszcze… przybywa jej słów, czyli zwrotek.

Co się natomiast dzieje, gdy muzyk cofa swój pojazd?

Nie wiem, muzyk nie zdradził. Może się wstydził zwijającej się do tyłu, czyli do przodu, melodii. Ale ja na szczęście z tym cofaniem tylko gdybam, za co muzyka przepraszam.

 

     Ten wyższy muzyk gra na instrumencie zawsze, od soboty do poniedziałkowego świtu. Może coś zmanipulowałam , więc wyższego z góry sorry.

Wiem na pewno - melodie ich dręczą, jęczą, aż do wytrysku - talentu. Wtedy dłoń muzyków obejmuje gryfy, druga dłoń szarpie - struny, a my bijemy brawo.

     Muzycy przyznali – to nie tak hop siup i wszystko od razu gotowe. Zanim nastąpi wytrysk - talentu, może minąć nawet trzy lata!?

O matko! Trzy lata wstawać rano, kłaść się spać z niedokończonym utworem, który krąży po pamięci, zatyka ją i nie pozwala ukształtować się innym utworom. Takie zatwardzenie myśli to jak wulkan, który kiedyś musi wybuchnąć. I wybucha!

 

     Jak oni to wytrzymują?

 - Można wytrzymać - mówią zgodnie, z uśmiechem pobłażania dla mnie, zadziwionej. Odkłada się melodię na jakiś czas i dopisuje kolejne zwrotki, wzmacnia refren i dochodzi do całości piosenki.

 - I gotowa - mówią niedbale, jak profesjonaliści.

Tę procedurę jestem sobie w stanie wyobrazić, ale że pamiętają tę melodię sprzed trzech lat? - w to nie uwierzę.

 

     Ja nie pamiętam gdzie kładę klucze od samochodu.

 - Nie przed trzema laty…  Nie wiem z czego się Państwo śmieją.

Przed dziesięcioma minutami! No, i po co taka dawka ironii.

 

 - Państwo nigdy niczego nie szukają?

 - Nie!?  Akurat…

 

     To ja jestem niezmiernie zdziwiona ich geniuszem. Ci muzycy są niesamowicie za pamiętliwi.

 

I nie tylko oni. Poeta recytował swoje wiesze z pamięci - płynnie jak z nut.

Ja się wcale w tym wywodzie nie zagubiłam. Poeta zapisał w swojej głowie słowa nutami? i muzycy zapisali słowa nutami…

 

Pan rysownik zapisał wspaniałą kreską obrazy z wyobraźni, bo tęsknił z miłości nutą rzewną na odległość do Radomia.

 

- I jak teraz chcą mnie Państwo przekonać, że nie wszystko bierze się z nut.

 

     Kłamstwo też! proszę się nie dziwić. Zaraz to państwu udowodnię.

Mama powtarzała mi ciągle: kłamiesz jak z nut. Ja się z tego grzechu w dzieciństwie często spowiadałam i mam odpuszczone. Ale dopiero teraz sobie uzmysłowiłam swój geniusz. Ja, będąc dzieckiem kłamstwo czytałam z nut.

A znam je tylko z widzenia (te nuty, nie kłamstwo. No skąd, kłamstwo znam dobrze. Może kogoś z Państwa poduczyć?  - No… To robi się kamienną twarz…).  Nie po darmo mówili mi ciągle: jesteś nad wyraz sprytna.

 

 - Jak teraz zapytam co Państwu chodzi po głowie? to co usłyszę w odpowiedzi?

Przebrzmiały przebój, którego czas mija gdy pojawia się nowy?

 

     A! …

nie będę już nic przytaczała, bo wyjdzie, że krowy słuchające muzyki dają większy „udój dzienny”. I znowu wrócimy do nut.

Nie wiem czy ten tekst opublikuję, bo czy ktoś zrozumie chaos geniuszu w mózgu muzyka. Mój syn Michał na permanentny bałagan w swoim pokoju mówił: nic w nim nie sprzątaj. Gdy widział słowo awantury stojące na moich wargach szybko dodawał: tylko geniusz ogania chaos. Wyluzuj Matuś - i szybko znikał. Też sprytna bestia z niego.

 

 - Rodzinne, mówią Państwo - dziękuje. Moja kuzynka Alina też potakuje, czyli nie kłamię. Mówiłam, że się w dzieciństwie wyspowiadałam i już nie popełniam.

 

     Z jednej odpowiedzi panów ucieszyłam się bardzo: prędkość doczesną mamy wspólną. Czas dla panów muzyków płynie tak samo jak dla nas i nie przyśpiesza wraz tempem utworu. I dobrze, bo gdyby galopował jak w oberku, to czy oni – muzycy – starzeliby się wolniej, jak ci kosmonauci lecący z prędkością światła. Czy też starzeliby się dwukrotnie, drugi raz tuż po powrocie do ziemskiej prędkości czasu. Zapewne przeżyliby ten czas podwójnie i czy wtedy komponowaliby tylko szalenie skoczne melodie?    

     Rachunek mówi sam za siebie: trzy minutki utworu i dziesięć razy sto razy po trzy minutki utworu i jest wolny weekend z taaką laską.

A tak, mamy jednakowo dla nas ludzi płynący czas. I to jest jedyna sprawiedliwość na ziemi.

 

Images: DSC_03540459_filtered-1.jpg

 

fotografia: Andrzej Musiał

 

     Lecz czy można brać sobie do serca zwierzenia moich rozmówców muzyków, jeśli udzielając wywiadu tak pozowali do zdjęcia? I przyznali się, że nie wiedzą po co jest na pięciolinii klucz wiolinowy.

Chyba po to, by mnie rozbawić gdy mówili o kluczu wiolinowym.

 

 - A tak na stronie Państwa zapytam: po co on właściwie jest?

 

 

 

M.B.P. ŚRODULA

 

         PLACKI  I   OTWARTE  SERCA  gdy  „Miłość nie liczy lat”

 

       Biblioteka Środula - jak biblioteka, regały, półki, grzbietów szeregi. Lecz atmosfera wyróżnia ją już od progu. Po naciśnięciu klamki, uśmiech anioła. Pani zaprasza, prowadzi, proponuje: jaką mam podać herbatę, może kawę? Proszę podejść, mamy wiele rodzajów.

Zanim się zagnieżdżam na krześle, napar stoi już na stole. Fikuśne łyżeczki wywołują uśmiech na twarzach. Wszyscy znajomi zagadani „na głos”, ci nieznajomi, też wciągnięci do rozmowy.  

 - Stowarzyszenie Ludzi Małomównych to nie jest – mówi do mnie Krysia.

- Stąd nasza łatwość w nawiązywaniu kontaktów.

Zagnieżdżających się przybywa, dostawia się nowe szeregi krzeseł i stoły. Gwar – niewyobrażalny, aż trzeba nas uspokoić przed występem.

Jak w zerówce, śmiejemy się z siebie. Widać, że wszyscy się tutaj dobrze czują.

 

     - Czym się różni ciasto od placka? Czy wiedzą Państwo?

 

Chyba niczym, gdybam. Ciasta piecze się dzisiaj. Placki piekła babcia, wybornie pachniało w całym domu. Smakowały, jak te tutaj.

 – Wypieki własne, zachęca pani kierownik, proszę wszystko zjeść, podamy następne.

Ja już dawno po jabłkowym na pulchnym, jasnym spodzie – miodzio!…

Piegusek – jak najwyborniejszy biszkopt na samych żółtkach wypieczony przez babcię. Smak został w pamięci i teraz pobudzony, powraca. Innych ciast nie zdążyłam spróbować. Jak pensjonariuszka pobiegłam za muzykami do ich garderoby.

 

     Gdy wracam z rozmowy z muzykami zgromadzenie „rozlazło” się po całej bibliotece. Wszędzie radosne głosy, śmiech.

 - Jak na spotkaniu u najukochańszej ciotki – porównanie wypełza z zakamarków mojej duszy. Nikt się nie wybiera do domu, chociaż godzina zamknięcia już bliska.

 - Proszę zostać. Proszę się nie spieszyć, bardzo nam miło, że państwo się tak dobrze u nas czują – uspakajają nas panie bibliotekarki.

     Zagnieżdżamy się na nowo. Stoliki przybierają kształt kiści winogron, jak oblepione przez osy wrzą od głośnej wymiany zdań,.

     Wpadnę do niej (do  biblioteki ze Środuli ) po dobry humor. To biblioteka z duszą otwartą na TWÓRCÓW.       

 

MARIA  GOLANKA



KARTKA RADOSNA

Felieton osobisty Marii Golanki  10 Luty 2011                    

 

                   KARTKA  RADOSNA

 

     W koszyku „na pisaną komunikację międzyludzką” zalega spora garść korespondencji. Dzisiaj wyjątkowo z dominacją czerwieni.

 - Ale masz branie – mówi do mnie wnuk, młodsza młodzież, trzymając w rękach wielobarwne prostokąty.  - Walentynki dzisiaj, Babcia kuma?

 - Widocznie nieźle kumam – odpowiadam - skoro tak licznie napisali. Myślę, że to sami panowie. Może kilka pań dla kawału wyznało mi zawoalowaną miłość. Ciebie też podejrzewam o miłosne wyznania za wszelakość popełnianą przy twojej osobie co dnia, od chwili narodzenia.

 - Ja bym Babciu nigdy czegoś tak głupiego nie popełnił – odpowiada wnuk zniesmaczony moim pomysłem.

     Młody jest, ma przed sobą rząd uniesień i kiedyś dojdzie do walentynkowych rymów, które pojawiają się na każdej stronie przysłanej mi kartki.

 - I zgaduj babo kto stoi za słowami? – mówię do siebie i wkładam każdą przeczytaną kartę w kopertę, by w cichości zastanawiać się kto to owe rymy przysłał? Pomagać ma mi w tym stempel na znaczku.

 - A ten list Babciu, jaki gruby. Priorytet - wnuk odczytuje napis na naklejce. - Może znowu wygrałaś konkurs? Zobacz, wiersz czy opowiadanie? Będzie kasa?

 - Kasy nie dają tylko długopisy – odpowiadam.

 - No przecież wiem. Mam już dużą kolekcję. Ale chętnie przytulę jeszcze jeden. Otwieraj - mówi zdecydowanie i zastyga w oczekiwaniu na ruch nożykiem do przecinania papieru.

 - Ten zostawię sobie do porannej kawy – odpowiadam pokazując długi wiersz rozciągający się leniwie po trzech stronach papieru listowego. – Wiesz, muszę się rano spotkać z rozumem, a na to najlepsza jest kawa.

Już wykonałam potężną pracę myślową, a dopiero dziewiąta rano. A ile jeszcze przede mną… myślę.

     Powinnam szybko odgadnąć adresatów przesyłek i każdemu z zaskoczenia podziękować. Walentynki – Dzień Zakochanych – głoszą wszystkie hasła. Wysłane wyznania miłosne mają pozwolić wyjść z ukrycia cichym adoratorom. Adorowana, czyli ja, ma się zorientować, że kocha się we mnie nie tylko ten, o którym od lat wiem wszystko.

 

     - A Państwo jak myślą? Czy dołączane do kartek maskotki, wielkości stołu poduszki wypchane watą, które na drugi dzień ochoczo zagarniają na swe legowiska nasze psy i koty są wyrazem skrywanej miłości?

 

     - Jak się zachować gdy w Walentynkowe  święto miłości znajduje się prezent w postaci kuchennego fartucha w deseń w: gary, rondle i patelnie, z naszytym na środku czerwonym sercem. Wprawdzie napis Kocham Cię nie zostawia nic do myślenia ale aa co to?- nasuwa się pytanie. Za śniadanie. Za obiad. Za pełną michę. Tak powinien nam podziękować psi i koci pupil. Może to od nich dostałyśmy. I, czy są takie fartuszki dla panów, którzy swym paniom podają codzienne obiadki i śniadanka. Kolacja to i mnie się zdarza. Kawa i herbata też – zawsze. Tak mnie szczodrze obdarował los.

 

    - Czy uważają Państwo, że wystarczyłaby w tym dniu tylko kartka, słuszna z założenia: czy wiesz kto się w tobie skrycie kocha? Wszak list z serduszkiem ma wyrażać adorację.

 

     Idę z kawą rozszyfrować mojego nadawcę. W miejscu gdzie powinny widnieć jego dane nalepiono serce w pasmach ostrej czerwieni, od makowej w centrum, po bordo na obrzeżach. Miejsce nadania: Italy, Roma. Koperta pokaźnych rozmiarów zaadresowana jest tak, że nie mogę się zorientować czy chodzi o mnie:

Dla Pani Majki Golankowej.

     To nie do mnie. Patrzę i pierwszy raz widzę tak napisane moje nazwisko. Z domu rodzinnego wyniosłam awersję do przypisywania kobiety mężczyźnie, i określanie już w nazwisku czyją ona jest.

Ja jestem dobrowolną właścicielką połowy pakietu udziałowego nazwiska, które dobrowolnie i z nieopisaną radością przyjęłam.

 

     - Jak myślicie Panie, jak reagowaliby mężczyźni przypisani do imion żon (staliby się słownie! ich własnością natychmiast po postawianiu sygnatury na dokumencie małżeństwa), gdyby od tej chwili mówiono do nich: pan Walentynkowy - od Walentynki, lub Zofiowy od – Zofii.

 - Mnie się ten pomysł podoba. Byliby tacy – nasi, niezbywalni…, prawda?

 

     Po kilku łykach kawy na rozjaśnienie szarości poranka zaczynam czytać.

„KLUCZEM NAMIĘTNOŚCI OTWORZYĆ CHCĘ…” - krzyczy do mnie tytuł napisany dużymi literami. Dalej trzystronicowy, rymowany wiersz.

 - Może to jeden z pierwszych utworów liryki miłosnej autora – zgaduję i przyglądam się określeniom. Zapewne był rad, że wypadł tak atrakcyjnie w rymach i ciągnął je w nieskończoność. Zakończył: „wpadam przez to w zły humor”.

Dotyczy to nie mojej osoby, tylko postaci bohaterki utworu, czyli opisanej rzeczywistości mojej osoby, która nie ma nic wspólnego ze mną, czyli z rzeczywistością. Staję się w tym utworze postacią literacką. No ale…, autorowi dużo wolno i ja się nie obrażam. Ma on prawo do swojej subiektywnej wizji. Jestem w nim „ładna i ognista” i takie określenie poprawiło mi humor w mglisty dzień, gdy żarówka towarzyszy nam już od świtu. A świt ciągle ociąga się ze wstaniem. Mogłabym teraz poprosić innego artystę, by stworzył moją podobiznę ze słów określających mnie tak:

„… lico o czystym spojrzeniu, …splecionych na znak zgody ramionach, …bujnym uroku długich pukli” ( przysięgam, nigdy nie nosiłam loków, jeśli mam długie włosy to do ramion i zawsze upięte w „zmierzłą kopkę” jak mój mąż określa ten rodzaj damskiej fryzury), „…na twarzy gości łagodny przypływ czułości, … niespokojne brwi zdradzają drżenie duszy,  któż im się nie skusi, ….gdy nic nie mówię stoi jak lelija” ( tutaj po staropolsku określono niewinność) i zakończono zwrotkę rymem: „gdy mówić do niej zaczynam, anielskie skrzydła rozwija.”

 

     Reszty kart już nie przeglądam, nie chcąc dowiedzieć się co w nich napisali „wnukowie” świętego Walentego. W pochmurny przaśny dzień mam kłopot z humorem. Źle doświetlony, źle widzi i paskudnie chimeryczny jest.

Na czwartej stronie, dotąd nie odkrytej, znajduję  mrówczo-drobno wydziergane zdanie:

-  „Kawa w Caffe Greco resztę flirtu dopełni.”

 

     - O MATKO, jak wyglądał ten pan, z którym w Rzymie w Caffe Greco przed ćwierć wiekiem piłam kawę? Pamiętam tylko jego wywód o narkotyczności dotyku. Już wiem! chodziło o głaskanie kota, który akurat wyszedł z bramy przy via Condotti na wprost naszego kawiarnianego okna i majestatycznie, nie zważając na tłumy na ulicy, poszedł w kierunku schodów hiszpańskich.

Uśmiecham się w tym momencie do swoich myśli. Przecież nadawcą listu nie mógł być tamten pan? Miałby dzisiaj… ho, ho ile lat. I przecież nic o mnie nie wiedział. Był jak ja, przelotnym konsumentem drogiej filiżanki kawy w sławnym lokalu.

 

- Też mam skojarzenia - karcę siebie za melancholię, której tak dużo mam dzisiaj w sobie. – Zauroczyło mnie miłe wspomnienie. Rozum popatrzył dzisiaj przez mgłę poranka - mówię do siebie z uśmiechem.

 

       MARIA  GOLANKA



"NAUKA - ŚWIAT BEZ GRANIC"

Felieton  osobisty  Marii Golanki                                    4 Lutego 2011            

 

   3 BIENNALE  FOTOGRAFICZNE  UNIWERSYTETU  ŚLĄSKIEGO                                    

                         NAUKA – ŚWIAT  BEZ  TAJEMNIC

 

           ŚWIAT  BEZ  PODZIAŁÓW.

 

     Wichura przewraca mnie tuż przed samym wejściem. Podmuch wiatru wtłacza do środka Biblioteki Śląskiej w Katowicach. Łapię spokojny oddech i staję przed plakatem: 3 Biennale Fotograficzne Uniwersytetu Śląskiego Nauka – Świat Bez Granic.

     Od razu wyłapuję z ekspozycji żółtą plamę fotografii z kopułą meczetu, za nią pszczelą rodzinę skupioną jak zawsze wokół swoich spraw.

Zdjęcie wnętrza wielofunkcyjnego spektrometru elektronicznego wciąga mnie swoją próżnią 10 do -10, poza okrąg rozświetlonej złotem tęczówki.

Mrozi chłodem „Życie u stóp lodowca” w dolinie Veitastrond w Norwegii. Dowodem na istnienie życia wokół lodowca są zauważalne rdzawe siedliska mechowców. Na przedpolach lodowca rozpoznano ich 29 gatunków.

     „Spieniona woda”. Tysiące pęcherzyków dwutlenku węgla wydobywających się na powierzchnię, skupia w wypukłość i patrzy na mnie tysiącami grafitowych oczu gada. Czuję się nieswojo.

     I nie uspokajam, gdy widzę na kolejnym zdjęciu strumyk płynący pośród traw z brzegami „ozdobionymi” szlamem. Małym rowem wpływa do niego szafranowa smuga kwaśnych, żelazistych wód ze starej sztolni wodnej ( KWK Murcki). Widok wody podkolorowanej przemysłowymi dopływami jest mi znany od – zawsze. Od dzieciństwa mieszkam w Sosnowcu nad rzeką Czarna Przemsza. Po kolorach wody w rzece, rozpoznawałam na jaki kolor farbiarnia farbowała dzisiaj nici. Patrzyłam z mostku w Sielcu, jak czarna woda z sortowni KWK Sosnowiec wdzierała się do głównego nurtu rzeki.

 

Images: 05_kwaśny drenaż Molenda 21_3BF_4-1-1.png

     Biel lodowców, grani, szczelin i zmarzlin pozwala mi rozciągnąć wzrok aż po odległy horyzont. Pod zdjęciem, które mnie zainteresowało widnieje adekwatny do dzisiejszej aury podpis „Czemu tak wieje”. Na zdjęciu zamieć zagarnia w siebie horyzont i stojące na wyciągniecie ręki narty wbite w śnieg. Majaczy wśród matowego obrazu skuter śnieżny stojący tuż obok. Dwaj mężczyźni drążą w lodzie dziurę. Arktyczny mróz nie jest przyjazny człowiekowi. Brr, przechodzą mi po skórze ciarki, pokazuje się gęsia skórka. Wyprawa naukowa ma odpowiedzieć na pytanie „ice2sea – szacowanie wpływu zmian lodowców kontynentalnych na wzrost poziomu morza” ( II nagroda, którą odbiera autor zdjęć drążący na zdjęciu dziurę w lodzie).

 

Images: Ignatiuk_Czemu tak wieje_II nagroda społeczno-kulturalne-1.jpg

     I znowu wieje chłodem. Potęga lodu, tak nazwałabym cykl fotografii z Tatr, Laponii i Spitsbergenu. Na kolejnych Północna Kanada, Syberia, Skandynawia zmraża widokiem lodowców martwiących się o skutek globalnego ocieplenia.  

    Nareszcie coś radosnego, storczyk kwitnący pośród szyn, dmuchawiec rozsiewający lato z swojej przestrzennej kuli. Włochaty pajęczy stwór o rozecie w kolorze pistacji „Włochaty dotyk natury”, okazuje się być rośliną z „Roślinności gleb galmanowych…” z terenów pogórniczych ( II nagroda ).

     Czym jeszcze zajmuje się nauka? Patrzę z podziwem na „Masową produkcję historii”.

 - Zgadną Państwo, co przedstawiają zdjęcia?

Nie wiem co miałabym wymyślić, by wpisać rzeczy z masowej produkcji historii. Nie będę ukrywać, że chciałabym wyjeżdżając z tego kraju przytulać w dłoni tę masowo produkowaną historię, podpisaną pod zdjęciami tak: „Współczesne oblicze terakoty z Xi an – tradycyjne metody powielania ceramiki w masowej produkcji przemysłu pamiątkarskiego”. Chodzi zapewne o tradycyjne, wielowiekowe metody wypalania figur żołnierzy (wojowników) sprzed XXII wieków. Cesarz chiński Pin Shi kazał się pochować ze swoimi terakotowymi wojownikami. Zapewne bał się tysięcy dusz robotników zmarłych przy budowie, wmurowanych po śmierci w Wielki Mur Chiński.

 

Images: Zdjęcie2961-1-1.jpg                                                               Images: 0000184867.jpg

     Kocham podróże, od najmłodszych lat zwiedzam świat, dlatego najdłużej zatrzymują mnie zdjęcia przedstawiające jego zakątki. Teraz przyciągnęły mnie oczy chińskiego smoka. Tysiące ich trwają nieporuszone u progu chińskich świątyń. Patrzą nieruchomo w jeden punkt, gdy smoki wiją się jako poręcze schodów prowadzących do pałaców i zwisają leniwie z dachów. Wciąż statyczne, lecz gotowe przyjąć ciepły dotyk mojej dłoni. Już czuję pod palcami gładkość wywoskowanego, hebanowego drewna „Potwora z ryciny” z Klasztoru Shaolin, w prowincji Henan.

     Nie odmówiłabym powtórce nurkowania nad rafą koralową. Niezapomniane przeżycie odnawia się ze zdwojoną siłą ( czy jeszcze kiedyś? – gdybam wiedząc, że w Egipcie trwa rewolucja). Z niedowierzaniem czytam podpis pod serią zdjęć: „Sięgnąć dna, by przekazać DNA” z projektu „Czynniki kontrolujące bioróżnorodność na twardym, mobilnym podłożu w płytkim Subitorialu Arktyki”.

 - To te barwne podwodne ogrody są ze Spitsbergenu? – mówię do siebie z niedowierzaniem.

 - Ja też się nabrałem, że to rafa koralowa – mówi do mnie młody człowiek.- Tam lody, tutaj barwne morza. Jak fascynująca jest zmienność świata – mówi i     

     pokazuje mi włochate pająki, które zjedzą wszystko. Sprytne, owijają w pajęczynę olbrzymią muchę i szykują się do konsumpcji. Potwierdza to podpis: „Urodzeni mordercy” z projektu badań naukowych „Fizjologiczno – ekologiczne aspekty wpływu zanieczyszczeń środowiska w aglomeracjach przemysłowych na przykładzie arachnocenoz ”.

 - No widzą Państwo, że po przeczytaniu podpisu pod zdjęciami wszystko jest natychmiast zrozumiałe.

 

Images: Mosdorf_kolonia bakterii z powietrza_I nagoda przyrodnicze-1.jpg

     Kwiat w kształcie czterolistnej rozety ze zdjęcia obok okazał się być „Kolonią bakterii z powietrza wyhodowaną w warunkach laboratoryjnych na pożywce stałej” ( I nagroda ). Nie będę Państwu przybliżała co jest pożywką stałą na ulicy, w rowie i w laboratorium też.

Laureatka I nagrody otrzymała również wyróżnienie za zdjęcie:

 

Images: Lizurej_śpiewające fontanny_wyróżnienie Orange-1.jpg

     „Śpiewające fontanny przyciągają turystów ” z projektu „Astana - historia pisana od nowa”. Mnie fontanny po prostu wciągnęły w siebie, zniewoliło grające wodne murmurando, długie suknie wody podświetlone ciepłymi kolorami, strzelające wysoko aż po kulę wieży, która z szeregiem światełek wiruje jak statek z wyobraźni. Zdjęcia stolicy nie pozostają obojętne dla widza. Nowoczesność, wręcz wzorcowy rozwój stolicy zatrzymuje mnie na dłużej swoim ładem i pięknem. Astana jest zaledwie dwunastoletnią stolicą, niewiele starszej Republiki Kazachstanu. Nauka zajmuje się w tym przypadku „Obliczami przeobrażeń Kazachstanu: rozwojem innowacyjnej przedsiębiorczości”.

     Teraz patrzę na spieczoną słońcem Afrykę. Czuję zapach gorąca, podgrzanej piachem wody. Młodsza, starsza młodzież i chmara dzieci przyglądają się studentowi geologii mierzącemu temperaturę wody tryskającej z otworu artezyjskiego „Poszukiwanie geotermiczne i geologiczne w Nigerii” ( dzisiaj doniesienia mówią o krwawej wojnie religijnej w Nigerii ). Powyżej panoramiczne zdjęcie horyzontu ziemi ludu Tantale. Piaskowce, wygasłe wulkany ogniowe i błotne.

Images: Zdjęcie2957-1-1.jpg

 

 - Czy słyszeli Państwo o wulkanach błotnych, bo ja pierwszy raz o tym czytam.       

 

     Jak dobrze przyjść na wystawę i uzupełnić wiadomości. Zobaczyć świat, który dla dobra ludzi mógłby istnieć bez podziałów na kraje, na nacje, na religie. Jest to konkurs fotografii naukowej dla osób, które pracują nad zagadnieniem wpisującym się w tematy określone regulaminem. Uczestnikami konkursu są młodzi doktoranci, habilitanci, studenci rozwiązujący projekty naukowe na wyjazdach stypendialnych lub w sąsiedniej okolicy. Zdjęcia mówią przystępniej o nauce. Językiem zrozumiałym, prostym środkiem wyrazu – fotografią. To fotografia jest tutaj środkiem promocji.

     Tego typu przekaz – za zdjęcie „Taniec z bąbelkami” – granulowany osad czynny podczas napowietrzania w warunkach tlenowych – jest Nagrodę Główną. Otrzymało ją małżeństwo Beata i Marcin Kończak. Oboje zaprzęgają do pożytecznej dla nas pracy ( uzdatniona do spożywania woda ) bakterie w oczyszczalni ścieków. Wszystkie nazwy przepisuję z listy nagród Rektora Uniwersytetu Śląskiego prof. zw. dr hab. Wiesława Banysia, który o nagrodzonym zdjęciu powiedział tak: „Lekkość formy, sugestywnie nieokreślonej prostoty, motyw na pograniczu abstrakcji potęguje jego piękno”. Relacje z konkursu na str. internetowej

Images: Kończak_Taniec z bąbelkami_nagroda główna-1.jpg

 

WWW.naukawobiektywie.us.edu.pl

 

     Już piąty raz okrążam ekspozycję. Przy zdjęciu, które zatrzymało mnie tuż po wejściu, stoi z dyplomem w ręce młody człowiek. Rozmawiamy o podziałach na świecie. O filmie „Graficiarz”, który używając tylko czerni i bieli namalował na murze dzielącym Palestynę od Izraela ( niekończące się krwawe incydenty ) unoszące się do góry dziecko, z pękiem baloników w dłoni.

 - Ono chce zobaczyć świat bez osłon – mówię – i  krzyczy unosząc się do góry: pokażcie mi ten ukryty świat?! Zgodzi się pan ze mną, że mury powinny być przezroczyste – transparentne. Moglibyśmy zobaczyć twarz obraźliwie do nas krzyczącą. Z nienawiścią, z obrzydzeniem nam ubliżającą.

Czy ta już nie anonimowa twarz miałaby na tyle odwagi, by powtórzyć swój monolog. Nie byłoby już anonimowego głosu. Widzielibyśmy jego twarz, minę, rozzłoszczone oczy, zmarszczki powstałe w gniewie? – pytam.

Milczymy oboje, nie ma odpowiedzi, są gdybania i domysły.

     Młody człowiek opowiada mi o swojej pracy. Była to solidnie przygotowana obrona licencjacka na wydziale socjologii. W ramach programu naukowego „Pokojowe współistnienie chrześcijan i muzułmanów? Syria, Turcja” robił zdjęcia wpisujące się w ramy projektu naukowego. Przebywał w polskiej wiosce Adampolu niedaleko Istambułu, gdzie bez zatargów w zgodzie od 1842 roku mieszkają katolicy, Polacy i muzułmanie, Turcy. Na zdjęciu „Zabawy z bronią przed meczetem Hama, Syria 2008” z projektu „Dwa światy pod wspólnym niebem” ( I nagroda w kategorii zdjęcie społeczno – kulturalne ). Nagrodzony jest obecnie studentem Wydziału Humanistycznego A.G.H. w Krakowie. Wysoki szczupły z uśmiechem zwycięstwa wypisanym na twarzy opowiada mi o Syrii ( telewizja informuje o marszach niezadowolenia ).

 - Piękny kraj ze wspaniałymi ludźmi, niewyobrażalnie wprost życzliwymi. Zaczepiali mnie na ulicy, pytali czy nie potrzebuję pieniędzy. Gdy odmawiałem, proponowali owoce, zapraszali do swoich domów. Zawsze słyszałem pytanie: czy nie przyjąłbym u nich noclegu. Ciągle się czymś ze mną dzielili: kawałkiem chleba, herbatą, kiścią winogron. Nie zostawiłem Syrii daleko od siebie, pojechałem znowu. Pojechałbym i dzisiaj. Zdjęcie powstało jak zawsze z zaskoczenia. Młodzi chłopcy na całym świecie bawią się w wojnę.

- Tak, potwierdzam, marsze niezadowolenia, protesty i rewolucje są wpisane w dzisiejszy życiorys świata, w wielu krajach wrze niezadowolenie. Każdy chce godnie żyć. Nam się udało, niech próbują następni.

 

Images: Osienkiewicz_Zabawy z bronią przed meczetem. 2008, Hama, Syria_I nagroda społeczno-kulturalne-1.jpg

      Zapamiętuję zdjęcie: Cień chłopca dynamiczny, poruszający się razem z nim po wypukłości kopuły meczetu, przyciąga wzrok patrzącego. Chłopiec strzela z pistoletu w cel poza kadrem (według mnie z prawdziwego pistoletu, przekonają się Państwo sami oglądając w Internecie nagrodzone zdjęcia). Aż się boję następnej chwili, bo dziecko wystawia się na cel przeciwnika, gdyby nim był ktoś rzeczywisty, lecz na szczęście go nie ma, to tylko dziecięca zabawa. Dziecko jest odsłonięte, oświetlone bursztynowym światłem zstępującego wieczoru. Następna chwila na szczęście dla nas jest odgadniona – nic się dalej nie działo, broń nie była uzbrojona! To była tylko zabawa. Drugi plan zdjęcia to żółto-piaskowe mury domów, upstrzone pajęczyną kabli i wszelakiego autoramentu anten, jakby odbiór zdarzeń z codzienności był sprawą priorytetową każdej rodziny.

 - Zgłosiłem do konkursu dziesięć zdjęć. Pamiętam emocje towarzyszące robieniu zdjęcia na lotnisku, gdy mała dziewczynka wpatrywała się w mur rozciągający się za lotniskiem, za którym widać było okazałe rezydencje. Zafascynowana widokiem nie słyszała wołania rodziców.

 - Podziały świata – mówię. - Czy kiedyś przestaną istnieć…  Jak pan, jako socjolog myśli, mając ogląd sporego kawałka świata. Kiedy to nastąpi?

 - To nie jest takie proste. To nie kwestia kolejnych dziesięciu lat – mówi smutno. Muszą minąć pokolenia czasu.

 - Znam te przepowiednie z mojego dzieciństwa. Też tak oceniało się przemiany w mentalności ludzi. Pokolenie nie zmieni, słyszałam, może dwa.

 - I co?

 - I czasem się sprawdzało.

 

     MARIA  GOLANKA



LAUDACYJKA urodzinowa.

    Felieton osobisty Marii Golanki z  3 Lutego 2011r.                                  Images: laudacyjka.jpg

 

                         „LAUDACYJKA  urodzinowa”.  

 

Basia,

nazwana jest w felietonie Baśką, dla powagi chwalenia jej według

protokołu obowiązującego w laudacjach.

 

    „BARBARY M. GRZEBANIE W CZASIE  WSTECZNYM ”

 

    Czas jest jej własnością, światłem jej wnętrza, jej oddechem i tętnem.

Jest skazany na nią od zawsze, czyli od chwili poczęcia i jest różny od

znanych nam czasów: przeszłego, teraźniejszego i przyszłego. Jej czas

bowiem, jest tylko jej przydatny i tylko Ona krąży po nim ze swobodą

puchu, którego trajektoria lotu jak wiemy jest nieodgadniona / puchu

oczywiście, nie Baśki /. Może czasem jakiemuś fizykowi w NASA uda

się sztuczka z wykresem lotu / ptasiego puchu /, ogłasza wtedy całemu

światu, że staje w kolejce po nagrodę Nobla.

    Baśce udaje się to zawsze, w cichości, bez pomocnych wykresów, bez

pudła czyli zmyłki.

 

     Jeśli Baśka zagubi się w labiryncie czasu, zdejmuje plecak, podwija

 kiecę, podciąga majty i wystawia na zwiady nos tropiciela. Wyłazi z

meandrów z gębą uchachaną od ucha do ucha. Bo Baśka się nigdy nie  

gubi i idzie zawsze z duchem czasu.

Jej duch to nie jakaś mgiełka, ulotność, czy niematerialność. Od kiedy

duch dostał kuksańca laską, jest jej posłuszny i gdy mówi do niego:

siad, czekaj, pani idzie poprawić sobie kolano – on wie, pani wróci i

truchtem dopędzi zaniechany skrawek czasu.

Gdy Baśka zapodzieje choć jedno ziarnko minuty, podnosi głowę,

krzyczy do boskiego czasu: - Zaraz wracam, zatrzymaj się na mgnienie

światła!

I natychmiast pod pozorem szukania kluczy w plecaku, gmera w czasie

przeszłym, coś w nim porządkuje, przekłada, poprawia i wraca zdyszana

do…

poprawionej na sępa teraźniejszości.

Ile razy przewróciła klepsydrę, za każdym razem krzyczała do Chronosa:

    – To tak dla jaj, Chronosie!! Nie gniewaj się wszechwładny! Już ją

z powrotem stawiam. O co taka awantura? O dwa kilogramy piachu?

No bądź poważnym chłopcem, nie gderaj.

Chronos nauczony wcześniejszymi utarczkami / pamięta, gdy pozwolił

się jej usprawiedliwić, zamąciła mu w głowie tak, że słońce wstało koło

południa / macha więc trzcinką, by sobie poszła i dała mu święty spokój.

Czasem bąknie za nią zdenerwowany -  jak bum cyk! zatrzymam twój

czas, jeśli jeszcze raz...

Ale jak widać, na szczęście słowa nie dotrzymał.

 

     -A jak Państwo myślą, skąd się biorą trzęsienia ziemi?

 

To Baśka poszukuje kilku minut z wczorajszego dnia.

 

     -A wybuchy wulkanów?

 

Ostatnio wpadła rozwścieczona do podziemnego kompleksu

wszechczasów i przedreptała po jego labiryntach z szybkością strusia.

 

     -Pytają Państwo czego znowu szukała?

 

Zdradzę Państwu w sekrecie – w dziale księgowości szukała dziesięciu

minut, tuż, sprzed utraty panieństwa. Co chciała z nimi zrobić? No nie

będę wnikała w jej intymne momenty.

Jak ją zobaczył księgowy upływających minut ,to te jej dziewicze

minuty posłał pocztą pneumatyczną do Islandii. Baśka truchtem za

pocztą. Dopadła ją pod wulkanem. Przesyłowy dostał w gębę z liścia, na

moment stracił poczucie czasu i za sprawą jej emocji wulkan wybuchł.

Zasłonił dymami życie powietrzne ziemi. Samoloty odpoczywały na

ziemi, podróżni też. Sami państwo wiecie jak to wyglądało.

Gniew Baśki był tak duży, że drugi wulkan, większy i groźniejszy już,

już, szykował się do wydalenia jej emocji przez krater, ale nie wybuchł.

 

   -Dlaczego? - pytają państwo delikatnie już zniesmaczeni jej postępkami.

 

Na udobruchanie Baśka dostała od wielkiego księgowego dwie godziny

powtórki z nocy poślubnej. Cokolwiek to oznacza, godne jest pochwały.

Dla partnera oczywiście. Ale ja nic… broń Boże nikomu nie imputuję.

 

     Gdy Baśka oddaliła się kiedyś na chwilę z Podzamcza w Będzinie i

zeszła na schodzące w dół uliczki starego miasta pomyślałam: - przywołały

ją wspomnienia z dzieciństwa. I nie myliłam się, wróciła uśmiechnięta.

Zdobił ją wdzięk młodości i świeżość doznań.

    - Odpoznała swoje dzieciństwo – pomyślałam -  jest szczęśliwsza o kilka

przebłysków z tamtego czasu. I to była prawda. Ożywiona chwilą

opowiadała mi o szczegółach z tamtych lat, których już nie znalazła na

ulicach: Plebańskiej, Zamkowej i Podzamcze.                              .

Czas nie rozłączył jej pamięci, nie rozdzielił wspomnień, nie postawił

osobno w miarach rzeczywistych. Płynął razem z muzyką myśli z tamtych

lat. To był dla mnie szczególnie miły moment - obserwować kogoś tak

objętego chwilą z własnego wszech czasu.

Z czwartego wymiaru, wymiaru nieskończonego – jak mówią fizycy.

 

     -Czy Państwo też tak myślą, że czas jest nieskończony?

 

Nic bardziej mylnego. Będzie trwał w swej nieskończoności dopóki Baśka

nie skuma, iż tam rozciąga się dziewiczy obszar, którego jeszcze nie

pilnują. Jak skuma, to już po nas.

 

Ile masz lat Basiu?

Ja nie byłabym tego taka pewna. Podejrzewam, ze niektóre etapy czasu,

głównie złe, skasowałaś. Dobre, przeżyłaś po kilka razy. Bilans i tak

wyszedł Ci na zero. Nie po darmo od 11 lat prowadzisz księgi

przychodów i rozchodów.

Doświadczona jesteś…, ale ja Ci, jak bum cyk! - nic nie imputuję.

 

    Laudator-ka  MARIA  GOLANKA  



Ptaszek klaszcze...

         Styczeń  2011                                                                                     Images: DSC_1284.jpg

Felieton osobisty Marii Golanki. 

 

PTASZEK  KLASZCZEK,  KLASZCZĄCY  MOTYL,  KLEKOCZĄCY  BOCIEK.

 

 

     - Narwę ci Babciu stokrotek - woła wnuczka biegając po zielonej trawie. Zimowe ferie w pełni. Plus dziesięć i wspaniałe słońce postawiły w stan spoczynku sanki i narty. Rząd narciarskich butów tarasuje wejście. Tylko jabłuszka – zjazdówki mają powodzenie w zawodach po wyślizganym dywanie. Są to slalomy, które wieczorem dostarczają sporo emocji szczególnie mnie, gdy młodą – jak wnuk nazywa swoją dużo młodszą siostrę - przebieram podczas treningu już kolejny raz.

 

     Od lat dzień targowy wzbudza do niepokoju moje emocje. - Co tam dzisiaj można kupić? -  zachęcam do zgadywania wnuczęta. Plac targowy zapełniony do – ścisku, stał się z braku śniegu w styczniu, główną atrakcją górskiej miejscowości.

 - Pani, roncno robota! – wykrzykuje z radością pan góral w stroju regionalnym prezentując wyroby z drewna: łyżki, widelce, deski do krojenia i szeroki wachlarz galanterii klaszczącej(czy takie określenie może być poprawne? ). Jej obfitość każe się nam na dłużej zatrzymać. Młoda wybiera ptaka na kółkach i krzyczy: - ja go widziałam w Teleexpresie! Pan Maciej mówił – zamiast wszechobecnej chińszczyzny. To jest ptak…? - zastanawia się prosząc mnie oczami o przypomnienie nazwy.

 - Ptak klaskacz? Ptaszek klaszczek? -  próbuję utrafić w nazwę.

 - Kupuję! - krzyczy młoda stanowczo i pcha za pomocą kijka swoją zabawkę zwracając klaśnięciami uwagę innych dzieci. Zbiera się wokół niej spora gromadka, którą młoda niestrudzenie – pochodzi z rodziny małomównych - przekonuje do zalet zabawki. Ptaki, bociany i motyle zaczynają swoją melodię poklaskową ( określenie z wyobraźni autorki ).

Oczy młodej, kroczącej po targowisku slalomem między ludźmi sypią skry radości. Wkłada ptaka do samochodu między dziecięce foteliki i jedziemy do wód - miasta odległego o kilka kilometrów od miasta targowego, na ciastko bezę z kremem kawowym. Bez z innym kremem nasze wnuczęta nie konsumują. No, takie mają zasady, jak im coś nie pasuje, nie kupują, stanowczo odmawiają i nie ma zmiłuj się.

 

     Tutaj, panuje nieopisany tłok jak przystało na miejscowość uzdrowiskową w sezonie. Chodniki nie mieszczą spacerowiczów i ciągle ktoś musi zejść na jezdnię zatarasowaną przez parkujące samochody, by przepuścić grupę rozkrzyczanej młodzieży. Młodzież nikogo nie przepuszcza, tylko szturmem wydeptuje meandry w ciżbie ludzkiej. I zawsze zwycięża. Przywilej młodości.

 - Pozazdrościć – myślę już jako dawno przedatowana młodzież. - Co mają robić? Nosić narty? Stok jest w kolorze świeżej trawy, ani śladu naśnieżania. - Podobno ma padać pod koniec tygodnia - przekazują sobie wszyscy dobrą nowinę i krążą wokół budek z piwem, grilla z zapiekanym oscypkiem z krowiego sera, stendami z odzieżą, którą gdy takowa jest już w ich posiadaniu, odkreślają w myślach z przeglądanych stron w tygodnikach dla młodzieży. Przyglądam się starszej młodzieży. Wygląd mojej młodszej młodzieży, mam opanowany od lat. Na ulicy dominują ubiory w kolorach od szarości po zestawy papuzie. Fryzury tzw. przylizane i sterczące. Nieład utrwalony żelem i lakierem nie daje się aurze. Wieje silny wiatr, nadzieja na zmianę pogody i co chwilę ktoś odwraca się, by uchronić dzieło od zmierzwienia. Arcydzieła na głowach by zadziwiały, muszą w stanie nie naruszonym przetrwać do wieczora. Buty na nogach młodych ludzi – przedziwne. Wręcz nie kompatybilne z ubiorem.

 

    - Chociaż, mogę się bardzo mylić. I zgodzę się, gdy mi to Państwo udowodnią, iż bez takich butów, ażurowe, samonośne pończochy nałożone na grube rajstopy nie mają sensu.

 

Niejedno już widziałam na świecie. Pięć lat temu wysyłałam do znajomych zdjęcia z Kopenhagi z kuriozalnym fasonem trzewików, kozaczków na platformie ( dwa w jednym ), z obcasem mocno pogrubionym w połowie jego wysokości. Lecz co było wtedy dla mnie najciekawsze, buty sporo odkrywały palce stóp. Pamiętam pytanie mojej bratowej po otrzymaniu zdjęć: - Czy ty jesteś w muzeum obuwia, czy w galerii awangardy? Zrób jeszcze kilka zdjęć i wyślij, to jest fascynujące.

     Już nie jest. „Przyszło” do nas, a tam jest już coś nowego, równie zagadkowego. Wysłałam również zdjęcie dwóch dziewcząt, które zatrzymało czerwono światło miedzy pasmami jezdni. Zdyszane i rozbawione nie osiągniętym drugim brzegiem jezdni, chichotały po dziecięcemu. Stałam wpatrzona w ich ubrania i fryzury natapirowane pionowo z dość długich włosów, utrwalone żelem i lakierem brokatowym w kolorze szafiru. Wielkość fryzur wychodziła dużo poza obrys ramion. Ich rozmyślny nieład przyciągał wzrok przechodniów. Mogłam i ja bezkarnie wlepiać ślepia w ich ubrania, w zasadzie nie odbiegające od noszonych przez polską młodzież. Clou ubioru stanowiły kuriozalnie duże buty - nie za duże, lecz obszerne w każdą stronę - na szczuplutkich nóżkach dziewcząt. Rzucały się w oczy przeźroczyste rajstopy z wyhaftowanymi ogromnymi różami i miętowym listkiem uchwyconym tylko za łodyżkę. A buty - to jest dla mnie wyzwanie, czy potrafię je opisać. Można by rzec buty clowna. Ale byłoby to za proste. Buciki owe, miały niebotyczne koturny i pozwijaną w harmonijkę do połowy łydek sięgającą cholewkę, z dużym, odstającym wywinięciem. W samych butach wyglądałyby jak strach na wróble. Razem z fryzurą ta wyzywająca całość onieśmielała patrzących na to zjawisko. Gdzie one znalazły takie buty, w garderobie teatru bajek? – myślałam. Zapewne długo przyglądały się swoim odbiciom w domowym lustrze. Nie był to ubiór przypadkowy. Był przemyślany i miał wywoływać określone reakcje. One, drwiły sobie z przechodniów. Podśmiewały się w głębi serca z ich zdziwienia. Oglądały za siebie, by sprawdzić czy napotkani robią to samo popatrując na nie jeszcze raz. A oglądnięciu za siebie nie mógł się nikt oprzeć.

 

     Gdy wsiadamy do samochodu, spoglądam na ptaszka klaszczka jak na atrakcję z ostatniej chwili, która powinna zainteresować wnuczkę. Lecz… oboje sadowią się w swoich fotelikach i spychają klaszczydło na podłogę. Wyjmują spod fotelików Ipod i PSP. Zalega cisza i skupienie.

 -  Popatrzcie, na Dunajcu pływają łabędzie i kaczki – wołam ucieszona. Odpowiada mi przeciągłe – taaa. Ani jedna głowa nie podnosi się nawet na centymetr.

 - Nie daję im spokoju i pytam: czy ptaszek klaszczek fruwa, czy pływa?

 - Coo?? - odpowiadają zatopieni już w innym, wirtualnym świecie przesuwającym spiesznie przed ich oczami swoje uwodzicielskie obrazy. 

No to już nie pytam. Wiem, odnaleźli się w tamtym świecie gdzie jest im dobrze.

 

     Ptaszek klaszczek zalega za rzędem butów narciarskich. Nie ma biedak siły przebicia. Zabawki nazwane chińszczyzną potrafią kokietować swoim zmieniającym się urokiem, tkwiącym pod dziesiątkami tytułów gier. Mówią, wabią, zachęcają. Jak ma z nimi wygrać monotonne klaśniecie dwóch kawałków drewna w kolorze cytrynowym.

      - Przemijanie czasu, postęp – ile określeń dodadzą Państwo do wyliczanki? A może ktoś z Państwa zabierze głos na temat powrotu drewnianych, dziecięcych zabawek spacerowych.          



Maria Golanka

Images: Marianna.jpg

 

Felieton Majki Golanki                                                                                                              styczeń 2011

 

             SPRZEDAWCY    RADOŚCI

 

     - „Uprzejmie donoszę”: - Wnuczęta mają już gotowe laurki, a młoda ma dla nas korale z makaronu. Ale bez sera - dodaje do telefonu z uśmiechem Babcia Ula. - Są przygotowani do przyjazdu na ferie w góry.

- Dziadeczność ma się rozumieć też dostanie laurkę? – pytam chcąc znać szczegóły.

- Też dostanie, arcydzieło. Jedyne w swojej klasie – odpowiada Babcia Ula z ironią.

- To się cieszę, bo wiesz, nie bylibyśmy zdziwieni, gdyby wnuk wymyślił dla Dziadeczności piwo karmelowe bezalkoholowe. Na bank liczyłby na kilka łyków do gorącej szarlotki, w której rozsmakował się latem po trudach wspinaczki na Berenik. Wnuczka też przytuliłaby kęs do podniebienia. W schronisku „Pod Beresnikiem” widząc jak ową zjadają ze smakiem jej rówieśnicy, spróbowała tego wypieku po raz pierwszy w życiu, mimo już pięcioletniego degustowania ciast na tym świecie. Z wypieków wybiera zawsze te posypane solą, sezamem lub kminkiem. Są to niezmiennie wszelakiego autoramentu paluszki. Jak wiesz, ze słodyczy lubi twoje niesłodkie ciasteczka, a najbardziej kiszone i świeże ogórki.

- Dojdzie i do śledzi w śmietanie – kontynuuję monolog,-  będzie „to” miała po mnie, Babci, która owe delicje funduje sobie tuż po zjedzeniu trójkącika tortu. Dziękuję Ci za „słowa: uprzejmie donoszę”. 

     Tymi wymieniamy się z „tamtą teściową” od… zawsze.

 

     Zaopatrzeni już od miesiąca w dwa kilogramy szarej renety, jabłka tak trudno dostępnego dzisiaj, czekamy na nasze skarby rodzinne. Ustalamy z synem godzinę ich przyjazdu.

„Szarlotka ma być ciepła, słodka, z bitą śmietaną, która na sztywno powinna stać na cieście dość długo”, tak musi się zdarzyć według surowego wskazania z przepisu mojej Babci Zosi.

     Poczęstunek, poczęstunkiem, ale trzeba wnuczętom ( czytaj: jest w zwyczaju ) podziękować za pamięć czymś wyjątkowo wykwintnym,. A może, królującą na całym świecie obiegową formą uwielbianą przez młodych i starszych czyli… monetą?

     Małą pięcioletnią wnuczkę można zadowolić „piątką” i kilkoma mniejszymi monetami, dodanymi dla patosu podziękowania. Próbujemy z Dziadecznością rozgryźć dziesięciolatka, czyli gdybamy ( czytaj: „ nie kumamy”) jaką kwotą można mu za laurkę zadość uczynić. Wiemy, będzie ona jedyna w swoim rodzaju i nie ważne, czy to będzie rysunek z natury, czy też kalkomania, dzieło będzie wyglądało jednakowo bezradnie. Przez przypadek trafią się czasem linie o tym samym natężeniu barwy i kierunku.

- I jak mamy taką laurkę przyjąć?

 

- Z zachwytem, odpowiadają Państwo. - Nie wolno w żadnym wypadku robić dziecku przykrości!

 

- My postrzegamy to tak samo i tak też postąpimy. ALE…, jak w takim razie nagrodzić pięciolatkę, która zasiądzie przy sztaludze i farbami zapełni wcześniej narysowane pola, nie roniąc przy tym nawet kropli wodnej farby plakatowej?

     I w tym momencie, zawsze drwimy sobie z nich po cichutku, ale powiem nieskromnie, że z ucztą na licach. Ona za laurkę powinna dostać niebieski banknot, bo kompozycja dzieła będzie najwyższej próby w kategorii wiekowej: do pięciu lat.

 

- Odpowiadają Państwo: Nie wolno karać za brak talentu manualnego. Nie ma się manualnego to się posiada inny, równie cenny.

 

- Racja, nie będziemy karać. No skądże znowu! Nawet nam to przez myśl… nie przeszło.

Nasz dziesięciolatek ma talent do - omijania obowiązków.

 

- W takim razie nie nagradzać żadnego – mówią Państwo. Nie wyróżniać! Słowo dziękuje i całusek.

- Całusek jest akceptowany tylko przez wnuczkę. Wnuk od urodzenia z nieśmiałością ( czytaj z awersją ) nadstawia policzek za uchem, w stronę tyłu głowy. Najchętniej przyjmuje cmokniecie w powietrzu w okolicach plerezy.

     Trzeba sobie również zdać sprawę z wiedzy naszych wnucząt, o zadość uczynieniu za trud i za serce. Już na progu wnuczka zaskoczy nas słowami: A Babcia Ula to nam dała…

Dla naszej wnuczki każde miejsce jest odpowiednie, by omówić jeszcze ciepłe, lub całkiem gorąco ją nurtujące wydarzenie. To, jest w tej chwili priorytetowe i wszystkie słowa nagany: – Co się mówi jak się przychodzi do kogoś? – ma odpowiedź błyskawiczną z wyczuwalną reprymendą w głosie: Wiem, dodam w odpowiednim momencie tuż po tej informacji. Ja nie zapominam – doda stanowczo i spojrzy surowo na swojego ojca, a naszego syna.

    Dziesięciolatek stanie z boku, lub przepisowo pół kroku z tyłu ( na więcej nie pozwala przedpokój ), popatrzy cicho, zaczeka aż młoda wykona za oboje całą słowną robotę. Spojrzy na nas kolejno według protokołu, najpierw na mnie - Babcię, potem na męża Babci – Dziadeczność i lakonicznie zakończy wywód siostry: - Tak było, dostaliśmy od tamtych Dziadków…

Popatrzy nam znowu w oczy, uniesie kilka razy swoje brwi do góry i zgrabniutko kilka razy w dół, potem przesunie je na skos i w bok, jakby z wyróżnieniem zaliczył w szkole aktorskiej semestr: Mim potwierdza słodko swoją wypowiedź. Teraz spoko poczeka na finał, składając nam zgrabne życzenia na Dzień Babci i Dzień Dziadka, których nie skończy na pięciu, czy też ośmiu wyliczankach szczęść do spełnienia. Będzie to spis słodyczy, którymi ma nas obdarować los w dobrych dniach naszej dalekiej, jeszcze niezauważalnej na horyzoncie starości.

     - No i ile zadość uczynienia zaproponowaliby Państwo dać wnuczętom?

- ILE?

- O MATKO!

 

                                                                                                                                 MARIA  GOLANKA

Wygenerowano w sekund: 0.01
3,563,933 unikalnych wizyt